O spektaklu „Wchodzi duch” w reżyserii Weroniki Szczawińskiej – koprodukcji Teatru Jaracza w Olsztynie i Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego – na 29. Międzynarodowym Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku pisze Wiesław Kowalski.
Po obejrzeniu spektaklu Wchodzi duch autorstwa Weroniki Szczawińskiej i Piotra Wawra jr miałem wrażenie, że uczestniczę w projekcie znacznie mniej wyrafinowanym niż sugerują niektóre entuzjastyczne recenzje. Choć na poziomie konceptu mógł uchodzić za intrygującą reinterpretację klasyki, w realizacji przekształca się w coś, co określiłbym mianem teatralnego recyclartu – gdzie sensy zostały rozwodnione, a forma przysłania jakikolwiek artystyczny imperatyw.
Duch to nie prześcieradło
Szczawińska nie po raz pierwszy korzysta z estetyki dziecięcej gry i niedopowiedzenia – w jej dorobku można wskazać choćby współpracę przy Komornickiej. Biografii pozornej, gdzie dekonstrukcja tożsamości spotykała się z precyzyjną dramaturgią. We Wchodzi duch natomiast, gest narzucenia na siebie prześcieradła i recytowania egzystencjalnych banałów w rodzaju: „ojciec nigdy nie przyszedł” czy „czy to moje słowa, czy jego?” – zamiast otwierać pole do refleksji – sprawia wrażenie strategii unikającej jakiegokolwiek estetycznego lub poznawczego ryzyka.
Forma nie tworzy znaczenia – ona udaje, że je posiada. Prześcieradła udają metaforę, ale pozostają pustym gestem – scenicznie obojętnym. Wszystko ma być „trochę poważne, trochę śmieszne, trochę osobiste”, ale żaden z tych rejestrów nie zostaje pogłębiony. W efekcie spektakl unosi się w estetycznej mgle – pomiędzy żartem a afektem – nie opowiadając się ostatecznie po żadnej stronie.
Hamlet zredukowany do formuły
Punkt wyjścia był obiecujący: figura ojca z Hamleta jako soczewka dla współczesnych form przemocy symbolicznej – rodzinnej, zawodowej, instytucjonalnej. Niestety, dramat zastąpiono schematem: dżingiel – „nawiedzenie” – pseudo-konfesja – żart – koniec. Powtarzalność wypłaszcza refleksję, a kolejne epizody szybko tracą siłę rażenia. A przecież Duch – jeśli ma być dramatycznym medium – musi wzbudzać lęk, opór, sprzeciw.
Czyja to opowieść?
Trudno nie zauważyć szczerości w finale – szczególnie w wystąpieniu Piotra Wawra jr. Jednak umiejscowienie tej sceny po całej serii infantylnych rymowanek, popkulturowych mrugnięć i scenicznych żartów osłabia jej wagę. Kulminacja, zamiast wybrzmieć jak otwarcie rany, jawi się jako dopełnienie formatowej konwencji.
Jeśli spektakl oparty jest na autentycznych doświadczeniach, dlaczego przez większą jego część mamy wrażenie, że uczestniczymy w satyrycznym skeczu? Teatralna szczerość nie polega wyłącznie na ujawnieniu osobistej traumy – wymaga również odpowiedniego środka wyrazu, który nie dewaluuje jej wagi.
Estetyka terapii czy estetyka bezsilności?
To, co często określa się mianem „estetyki terapii”, tutaj przechodzi w coś znacznie bardziej problematycznego: estetykę bezsilności. Brakuje dramaturgicznej progresji, napięć, punktów zwrotnych. Postaci nie rozwijają się, sytuacje nie eskalują. Przypomina to raczej przegląd szkiców z warsztatów aktorskich niż pełnoprawną wypowiedź artystyczną.
Szczawińska nie raz świadomie „rozsypywała” formę spektaklu, jak choćby w Rozmowie o drzewach, ale tam za dekonstrukcją szedł wyraźny ideowy impuls. We Wchodzi duch mamy raczej poczucie dryfowania – jakby sam temat nie dawał się już opowiedzieć inaczej niż w konwencji bezpiecznego parateatru.
Szekspir jako dekoracja
Zważywszy na kontekst Festiwalu Szekspirowskiego, warto zadać pytanie o realny związek tego przedstawienia z dramatem Szekspira. Duch z I aktu Hamleta został tu zredukowany do figury totemicznej, służącej jako pretekst. Szekspir nie zostaje przepracowany ani twórczo „zdemontowany” – jest obecny zaledwie jako alibi.
To nie reinterpretacja, lecz efektowne przetworzenie fragmentu – z którego wymazano napięcie, sprzeczność, tragizm. Pozostały tylko echo i dekoracja – powidok kultury wysokiej, który dobrze wygląda w folderze programowym.
Co się nie wydarzyło
Nie wydarzył się konflikt.
Nie wydarzyła się wspólnota.
Zabrakło żywej rozmowy z tradycją – literacką i teatralną.
Zamiast niej – dobrze przygotowane, lecz przewidywalne ćwiczenie dla wtajemniczonych.
A przecież Weronika Szczawińska to twórczyni potrafiąca łączyć subtelność z radykalizmem, humor z filozoficzną powagą. Tym razem jednak odniosłem wrażenie, że zabrakło jej odwagi – nie wobec formy, ale wobec treści. W efekcie Wchodzi duch przypomina nie tyle zjawy z Hamleta, ile cień – bez ciężaru, bez zagrożenia, bez głosu.
Tylko kontur.
Bez obecności.