O spektaklu „Pieśni Mirandy” w reż. Krzysztofa Cicheńskiego zaprezentowanym na 29. Międzynarodowym Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku pisze Wiesław Kowalski.
W Pieśniach Mirandy, zaprezentowanych w ramach konkursu SzekspirOFF, Miranda – córka Prospera z Burzy – nie wraca do świata ludzi. Pozostaje na wyspie, w miejscu, które dawniej było sceną przemian i cudów, a dziś stało się przestrzenią milczenia, powtórzeń i codziennych rytuałów. Spektakl Krzysztofa Cicheńskiego unika klasycznej narracji – zamiast dramatycznego rozwoju akcji otrzymujemy kontemplację: teatralno-muzyczną instalację, która opowiada nie tyle historię, co stan psychiczny i emocjonalny.
Reżyser nie próbuje odtworzyć wydarzeń z dramatu Szekspira – interesuje go to, co mogło się wydarzyć później, po zakończeniu oryginalnego tekstu. Zamiast happy endu – samotność. Miranda zostaje porzucona: przez ojca i ukochanego. Prospero i Ferdynand odpłynęli, pochłonięci swoimi sprawami, a bohaterka pozostała na wyspie, która z dynamicznego miejsca przemiany stała się przestrzenią zatrzymania. Cicheński proponuje alternatywny scenariusz, w którym Miranda nie wpisuje się w społeczne oczekiwania ani schematy. Nie wraca do cywilizacji, nie zakłada rodziny, nie zostaje królową. Trwa – poza systemem, poza wspólnotą.
Struktura spektaklu ma charakter otwarty – zamiast linearnej opowieści, oglądamy cykl powtarzalnych czynności: zakładanie płaszcza maga, przemierzanie znanych ścieżek, interakcje z Arielem i Kalibanem. Te gesty, pozornie błahe, nabierają rytualnego charakteru. Każdy dzień wygląda podobnie, a czas nie płynie, lecz krąży – jak przypływy i odpływy morza. Miranda funkcjonuje poza czasem historycznym, w rzeczywistości podporządkowanej wewnętrznemu rytmowi.
Warstwa wizualna i dźwiękowa spektaklu (scenografia: Julia Kosek i Krzysztof Cicheński; muzyka: Maria Antkowiak-Świątek i reżyser) wzmacnia to wrażenie zawieszenia. Księżycowa wyspa, zbudowana przy użyciu projekcji wideo, światła i przestrzennego dźwięku, staje się abstrakcyjną przestrzenią – nie tyle miejscem akcji, co stanem psychicznym. Obrazy są piękne i nierealne, jakby wyjęte ze snu. Widz ma poczucie, że rzeczywistość Mirandy nie jest do końca prawdziwa – to raczej wewnętrzny krajobraz niż konkretne miejsce na mapie.
Postać Mirandy, grana przez Marię Antkowiak-Świątek, to już nie naiwna dziewczyna z początku Burzy. To kobieta świadoma, doświadczona, funkcjonująca w pełni w swojej samotności. Nie próbuje jej przełamać – przeciwnie, porządkuje ją i wypełnia rytuałami. Kaliban (Diana Cristescu) i Ariel (Sylwia Achu) nie są już sługami ani duchami uwięzionymi przez Prospera – raczej widmami przeszłości, emanacjami wewnętrznych przeżyć Mirandy, może nawet symbolami natury, z którą pozostaje w symbiotycznym związku.
Cicheński skupia się na doświadczeniu osamotnienia – nie tylko fizycznego, ale przede wszystkim egzystencjalnego. W świecie pozbawionym więzi Miranda redefiniuje siebie poprzez gest, pieśń i relację z miejscem. Wyspa – ziemia niczyja – daje jej autonomię, ale nie przynosi ukojenia. Nie ma tu ani klęski, ani triumfu. Jest trwanie.
Czas w tym spektaklu nie rozwija się, lecz zapętla. Miranda staje się czymś więcej niż człowiekiem – przypomina księżyc, samotne ciało niebieskie, które wpływa na wszystko wokół, choć samo pozostaje oddzielone. Pieśni Mirandy nie oferują historii do śledzenia, ale stan do odczucia – spektakl jako nastrojenie, a nie akcja. To opowieść o tym, co zostaje, gdy wszystko inne już zniknęło.