Slide
previous arrow
next arrow
Impuls na dziś - Teatr dla Wszystkich

Impuls na dziś

Na afiszu

Impuls na dziś

Nowy rozdział Teatru Dramatycznego.

– Nie chcemy powielać klasyki. Szukamy języka współczesności, odważnych głosów i międzynarodowych spotkań – mówi Wojciech Faruga, dyrektor Teatru Dramatycznego w Warszawie.

Opublikowano: 2025-08-05
fot. Karolina Jóźwiak

Z Wojciechem Farugą, dyrektorem Teatru Dramatycznego w Warszawie, rozmawia Malwina Kiepiel

Nie planujemy klasyki. W Warszawie działa wiele teatrów, które prezentują lub zapowiadają repertuar klasyczny – Narodowy, Polski, Powszechny – dlatego chcemy iść własną drogą. Interesuje nas literatura XX i XXI wieku, odniesienia do rzeczywistości, która nas otacza i dotyka. Zgodnie z tradycją sceny planujemy prapremiery współczesnych tekstów. Chcielibyśmy, by Teatr Dramatyczny był miejscem spotkania różnych głosów. Zależy nam również na zapraszaniu artystów z wielu krajów – podkreśla Wojciech Faruga, dyrektor Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy.

Jaki to był rok dla Pana i dla Teatru Dramatycznego?

To był rok pełen wyzwań. Tak wolę o nim mówić, bo „wyzwanie” to lepsze słowo niż „trudność”. Faktycznie, zaczęliśmy pracę nad tym sezonem chwilę przed 10 czerwca ubiegłego roku, kiedy stołeczny ratusz ogłosił zamiar powołania mnie na stanowisko dyrektora Dramatycznego. Od tego momentu rozpoczęliśmy przygotowania do objęcia przeze mnie funkcji na początku listopada 2024 r.

Wejście do Teatru Dramatycznego po bardzo trudnym okresie, jaki przypadł na poprzedni sezon, wiązało się oczywiście ze stresem. Pamiętam, że wszyscy gratulowali mnie i Julii odwagi – wyglądało to tak, jakbyśmy wchodzili do jakiejś strefy „zero”. Rzeczywiście, przejęliśmy instytucję w kryzysie. O naturze tej sytuacji wiedzieliśmy jednak niewiele – poza plotkami i przekazem medialnym. Nie należy bagatelizować powagi sytuacji; w naszej codziennej pracy wciąż spotykamy się z objawami stresu pourazowego wśród pracowników i pracowniczek Dramatycznego.

Nawet dziś, gdy wiemy zdecydowanie więcej, ta wiedza raczej oddala nas od wystawiania łatwych ocen. Ten rok był przede wszystkim czasem rozpoznawania teatru od wewnątrz – próbą zrozumienia jego mechanizmów i odkrycia tego, co przez lata było w tej instytucji dobre.

Chcę to podkreślić: nie przyszliśmy nikogo rozliczać ani szukać winnych. Przyszliśmy budować i współtworzyć tę instytucję, dbać o jej pracowników i pracowniczki. Zamiast kolejnej szybkiej rewolucji bardziej interesowało nas to, jakie dobre procedury, idee i praktyki udało się tu stworzyć – zarówno w czasach dyrekcji Tadeusza Słobodzianka, jak i późniejszego kolektywu: Agaty Adamieckiej, Małgorzaty Błasińskiej, Moniki Dziekan, Doroty Kowalkowskiej i Moniki Strzępki.

Od tego właśnie zaczęliśmy. Jednocześnie musieliśmy zbudować nowy program i zaplanować cały sezon artystyczny. Dziś, gdy zbliżamy się do jego końca – sezon formalnie kończy się 31 sierpnia – mam poczucie, że wiele się udało. Ostatnio jechaliśmy z Julią [Holewińską – przyp. red.] pociągiem na próby generalne spektaklu „Un-packing” do Wrocławia, który jest koprodukcją Dramatycznego i Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Zrobiliśmy wtedy takie robocze, ale bardzo dokładne podsumowanie – i to było naprawdę budujące, bo udało się nam zrealizować więcej, niż zakładaliśmy na pierwszy sezon. Przede wszystkim odbyło się pięć premier, w tym dwie koprodukcje.

Dla porządku – mógłby Pan wymienić premiery, które udało się Państwu zrealizować w tym sezonie?

Pierwszą była „Wczoraj byłaś zła na zielono” – spektakl oparty na bestsellerowej książce Elizy Kąckiej, nominowanej do większości najważniejszych nagród literackich w Polsce. Mam poczucie, że było to niezwykłe spotkanie dwóch artystek – Anny Augustynowicz i Elizy Kąckiej. Ania wspaniale ucieleśniła język Elizy, a Eliza stworzyła przestrzeń wyjątkowo pasującą do teatru Ani. To także ważny temat: opowieść o spektrum z perspektywy matki, która – poznając własną córkę – uczy się na nowo rozumieć samą siebie. Książka „Wczoraj byłaś zła na zielono” to także wyjątkowa opowieść o języku. Według mnie mało kto ma tak wyczulony słuch na język jak Anna Augustynowicz.

Ta realizacja miała dla mnie również osobisty wymiar – byłem kiedyś asystentem Ani, a ona wcześniej była moją profesorką w szkole teatralnej. Mam wobec niej ogromny dług wdzięczności, to ona naprawdę wprowadziła mnie do teatru. Pamiętam, jak w szkole teatralnej płakałem jej na ramieniu, a ona mówiła: „Szkoła jest jak odra – trzeba ją przejść”. Po odwołanej premierze „Ryszarda III” w Dramatycznym, to właśnie ona pierwsza wyciągnęła do mnie rękę i zaprosiła do Teatru Współczesnego w Szczecinie do wyreżyserowania czytania performatywnego. Gdyby nie ona, pewnie nie byłbym dziś w teatrze – albo byłbym kimś zupełnie innym. Dlatego inaugurowanie naszej dyrekcji w Dramatycznym właśnie z Anią było dla mnie ogromnie ważne i wzruszające.

Drugą premierą były „Anioły w Warszawie” – tekst Julii Holewińskiej w mojej reżyserii. To była trudna premiera, wyśrubowana na wielu poziomach. Wchodziliśmy do zespołu, o którego konfliktach krążyły legendy. Były też spore oczekiwania i atmosfera: „No dobrze, pokażcie teraz, co potraficie”. Nie bez znaczenia był fakt, że była to nasza pierwsza premiera po „Fauście” w Teatrze Narodowym, który został zmiażdżony przez krytykę. Mam poczucie, że w wielu tekstach granice zostały przekroczone – skończyła się rozmowa o przedstawieniu, a zaczęły się personalne wycieczki. Nie mam problemu z krytyką mojej pracy – taki jest charakter mojego zawodu – ale część tekstów atakowała nas osobiście, zamiast odnosić się do spektaklu. Czekam na moment, kiedy rozmowa o przemocy w polskim teatrze obejmie również to terytorium – krytykę teatralną.

W tamtym momencie wchodziliśmy do nowego zespołu z zamiarem wspólnego budowania. Jednocześnie mieliśmy świadomość, że osoby tworzące ten zespół czytają te personalne ataki, i czuliśmy się podkopani, jeszcze zanim na dobre zaczęliśmy pracę. „Anioły w Warszawie” były pierwszą premierą na dużej scenie od czasu odwołanej premiery „Heks”. Warto dodać, że po „Heksach” część doświadczonych reżyserek i reżyserów odmówiła pracy na tej scenie – z obawy przed presją i ogromnymi oczekiwaniami. W tej sytuacji, jako dyrektor, postanowiłem wziąć odpowiedzialność za tę pierwszą premierę. Nie chcę oceniać efektu artystycznego, ale to, co udało się w pracy nad Aniołami, to na pewno poznanie i zintegrowanie zespołu.

To ogromna przyjemność i zaszczyt pracować w Teatrze Dramatycznym, który współtworzą trzy wspaniałe zespoły: aktorski, techniczny i administracyjny.

Kolejnym spektaklem w tym sezonie była premiera „The Wall” w reżyserii Pawła Miśkiewicza. Przedstawienie powstało na podstawie adaptacji Joanny Bednarczyk i bazuje na sześciu wybitnych współczesnych powieściach opisujących różne rodzaje konfliktów zbrojnych i ich konsekwencje. Przede wszystkim jednak skupia się na perspektywie jednostki. Tytuł „The Wall” odnosi się do idei budowania murów – zarówno symbolicznych, jak i jak najbardziej realnych.

Kilka dni po premierze „The Wall” odbyła się kolejna premiera, tym razem na Scenie Przodownik – „Będzie trzeba, to pójdę na wojnę”. To dotkliwa wiwisekcja wojny z perspektywy kobiety – artystki, żołnierki. Magda Szpecht pozbawia tę opowieść patosu i mitologizacji, a jednocześnie nie stara się manipulować emocjami ani wzbudzać litości. Nie pokazuje ofiary, lecz – ponownie – człowieka. Bohaterką spektaklu jest realna kobieta, artystka, Ukrainka, która opuszcza Polskę i wstępuje do Sił Zbrojnych Ukrainy. To również opowieść o przyjaźni reżyserki z bohaterką – scenariusz powstał na podstawie ich korespondencji. Spektakl miał premierę w marcu na Bazaar Festival w Pradze, a w maju w Warszawie. To koprodukcja z ÆFEKT Productions.

Proszę o kilka słów podsumowania – jak te premiery zostały przyjęte?

Ważne jest dla mnie to, że wszystkie premiery spotkały się z dobrą recepcją i znalazły swoją widownię. Jesteśmy na etapie podsumowań, rankingów i zestawień kończących sezon – i to wyjątkowo miłe, że wszystkie te spektakle są w nich obecne. Nie ma tu jednego lidera.

Miłym zaskoczeniem było uhonorowanie Dramatycznego nagrodą za budowanie repertuaru konsekwentnie opartego na literaturze współczesnej w ramach Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

„Wczoraj byłaś zła na zielono” zebrało świetne recenzje i bardzo dobre głosy od widowni. Spektakl został już pokazany na Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi, a wszystko wskazuje na to, że jesienią pojawi się na kolejnych trzech festiwalach.

Jeśli chodzi o „Anioły”, to – w całym moim dorobku, a na pewno we wspólnym z Julią – nie mamy spektaklu o lepszej recepcji. Zarówno pod względem liczby pozytywnych recenzji, jak i reakcji publiczności. Jestem bardzo dumny z nagrody, jaką Julia otrzymała za tekst w Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

„The Wall” zebrał wiele pozytywnych opinii i był dla nas – i dla zespołu – ważny także ze względu na powrót Pawła Miśkiewicza do Dramatycznego. Cieszę się, że wiele recenzji i komentarzy podkreśla, że to spektakl, który mówi o otaczającym nas świecie poprzez wybitną literaturę, a jednocześnie jest jednym z niewielu – jeśli nie jedynym – który wprost podejmuje temat Palestyny. Trudno dziś wskazać równie palącą kwestię polityczno-społeczną.

Z tak samo dobrym przyjęciem spotkał się spektakl „Będzie trzeba, to pójdę na wojnę”. Mamy nadzieję, że będzie on prezentowany na wielu festiwalach – również zagranicznych.

Jaki teatr chce Pan tworzyć w tym miejscu?

Chcemy budować teatr mocno zakorzeniony w czasie i miejscu – także w tym konkretnym budynku. Taki, który nie uniwersalizuje przekazu, ale mówi z naszej konkretnej perspektywy: Europy Środkowej, stolicy kraju, który był częścią dawnego bloku socjalistycznego, i ludzi, których to doświadczenie ukształtowało i wciąż kształtuje.

Kluczowa jest dla nas współpraca z artystkami i artystami z naszego regionu. Chcemy tworzyć narracje, które nie są wyłącznie polonocentryczne, lecz otwierają się na doświadczenie tej części Europy i jej specyfikę. Zależy nam, by Dramatyczny był miejscem spotkania różnych głosów.

Realizacją tej idei jest nasza ostatnia premiera – „Un-packing”, koprodukcja Dramatycznego i Wrocławskiego Teatru Współczesnego. To efekt współpracy Katarzyny Kalwat, polskiej reżyserki, i Mikity Iljińczyka, polsko-białoruskiego dramaturga i reżysera. W tym projekcie Kasia reżyseruje, a Mikita jest autorem tekstu. Spektakl porusza temat relacji polsko-białoruskich poprzez stworzenie ironicznego political fiction, stającego się punktem wyjścia do dystopijnej wizji Polski w 2029 roku. To jednak przede wszystkim rozliczenie z bolesną pamięcią.

Z Mikitą współpracujemy od dawna – jest dwukrotnym laureatem Nagrody Dramaturgicznej Miasta Bydgoszczy AURORA, którą współtworzyliśmy z Julią w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. To dla nas ważna współpraca, bo Mikita porusza kwestie tożsamościowe na wielu poziomach – także te wciąż nieobecne w polskim teatrze. Zależy nam na teatrze, który tropi białe plamy historii. Idea odkrywania tematów pomijanych przewija się w naszej programowej współpracy z Julią od dawna.

Kilka tygodni temu opublikowaliśmy wywiad z prof. Andrzejem Horbanem o historii AIDS w Polsce – m.in. w kontekście realizacji „Aniołów”. Dla naszej redakcji było to inspiracją do podjęcia rozmowy o tym, jak dziś postrzegamy problem AIDS.

„Anioły” to spektakl historyczny – formalnie można by go nawet określić jako kostiumowy – opowiadający o czasach, które przeminęły. Dla mnie jednak mówienie o historii w teatrze zawsze odbywa się przez zadawanie pytań o teraźniejszość. Ta opowieść o AIDS i Warszawie lat 80. to próba zmierzenia się z pytaniem: co się zmieniło? Czy rzeczywiście nastąpił postęp? Z jednej strony – na poziomie medycznym – zmieniło się wszystko, ale w ludziach nadal pozostał lęk i stygmatyzacja. Dotyczy ona zarówno osób żyjących z HIV, jak i osób nieheteronormatywnych, szerzej – wykluczonych. To ten element opowieści, który niebezpiecznie łączy ją z „dziś”, kiedy widzimy coraz większe przyzwolenie na ksenofobię i homofobię w dyskursie publicznym.

To jest i była przestrzeń pracy dla nas – dla teatru. Staramy się, by Dramatyczny był instytucją odpowiedzialną społecznie. Dlatego np. jednym z działań towarzyszących kolejnym pokazom spektaklu była akcja darmowego testowania się przed spektaklami, zorganizowana we współpracy z Fundacją Edukacji Społecznej.

Ważną częścią Państwa programu są działania towarzyszące.

W tym roku zainaugurowaliśmy cykl HORYZONTY, składający się z czterech bloków:

    • „Halina i jej siostry” – próba opowieści o Teatrze Dramatycznym z perspektywy kobiet-aktorek związanych z tą sceną. Kuratorką cyklu jest Anna Sańczuk.

    • „Na marginesach” – cykl debat poświęconych tematom podejmowanym w naszych premierach.

    • „Spis treści” – kuratorowany przez Jana Jelińskiego format klubu czytelniczego, wzbogacony o aktorskie improwizacje sprawdzające sceniczny potencjał omawianych lektur.

    • „Otwarte archiwa” – próba przywrócenia pamięci o premierach Dramatycznego, które przez lata budowały tożsamość tej sceny, a które dziś są zapomniane lub niedocenione. Kuratorem cyklu jest Tomasz Domagała.

HORYZONTY są dla nas szczególnie istotne – pokazują trwałość pewnych figur i myśli obecnych w Dramatycznym, pomagają rozpoznać teatr, jaki tworzymy dziś, przez pryzmat jego historii.

W zapowiedziach programowych pojawiał się również nurt muzyczny. Od lat grany jest hit „Kinky Boots”, a w kończącym się sezonie miał pojawić się nowy musical – „Hair”.

I pojawi się – na samym początku przyszłego sezonu. Jesteśmy już po pierwszym etapie prób do spektaklu muzycznego „Era Wodnika”. Scenariusz napisał Jarosław Murawski, muzykę skomponował Kamil Pater, a reżyseruje Małgorzata Warsicka. Scenografię, kostiumy i światło przygotowuje Katarzyna Borkowska, choreografię – Bartłomiej Gąsior.

To będzie opowieść o hipisach – także tych polskich. Chcemy wrócić do idei końca lat 60. i zbadać ich trwałość: zadać pytania o to, czym dziś jest pacyfizm i gdzie oraz jak dokonała się rozpoczęta wówczas rewolucja. Idee hipisowskie nadal w nas są – choć często zostały wypaczone albo zinfantylizowane. Jak miałem 15 lat, sam udawałem hipisa i biegałem boso po Warszawie…

To ja poproszę o zdjęcie z tamtych czasów do tego wywiadu.

Znajdę! Oglądaliśmy z wypiekami na twarzy „The Doors” Olivera Stone’a i „Hair”

Wracając jeszcze na chwilę do pytania o to, jaki teatr chcemy tworzyć – chcę wspomnieć o czymś, co miało dla nas ogromne znaczenie. Mam na myśli zaproszenie spektaklu „Liberté” z Royal District Theatre w reżyserii Daty Tavadze na Warszawskie Spotkania Teatralne.

To przedstawienie stało się w Gruzji centrum debaty politycznej – w kraju, w którym od miesięcy trwają protesty przeciwko fałszowaniu wyborów i postępującej rusyfikacji. Gruzińska władza kopiuje rosyjskie rozwiązania prawne – m.in. ustawę o „zagranicznych agentach”, umożliwiającą uznawanie artystów współpracujących z zagranicznymi organizacjami za „wrogich agentów”, a także wprowadza przepisy zakazujące tzw. „promocji homoseksualizmu” w mediach i teatrze.

Spektakl Tavadze był najgłośniejszym aktem sprzeciwu wobec tych zmian. Twórcy doświadczyli represji – fragmenty spektaklu były nielegalnie nagrywane i pokazywane w telewizji, prowadzono przeciwko nim medialną nagonkę, ujawniano ich prywatne adresy.

Najbardziej wstrząsający moment, który pamiętam, to ten po ostatnim pokazie „Liberté” podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych, kiedy część zespołu aktorskiego, siedząc przy demontażu scenografii, płakała – z poczuciem, że być może już nigdy nie zagrają tego spektaklu. Wciąż staramy się ich wspierać najlepiej, jak potrafimy.

To był dla nas moment zasadniczy – pokazujący, że teatr naprawdę może być przestrzenią dającą głos tym, którym się go odbiera. Ze względu na swoją sytuację i realne zagrożenie, w jakim się znajduje, Data Tavadze niebawem rozpocznie rezydencję artystyczną w Dramatycznym. W przyszłym roku wyreżyseruje przedstawienie na Dużej Scenie.

Czy będzie to klasyczny tekst czy dramat współczesny?

Nie planujemy klasyki. W Warszawie działa wiele teatrów prezentujących klasyczny repertuar – Narodowy, Polski, Powszechny – dlatego my chcemy iść inną drogą. Interesuje nas literatura XX i XXI wieku oraz odniesienia do rzeczywistości, która nas otacza i dotyka – zgodnie z tradycją sceny, która specjalizowała się w prapremierach współczesnych tekstów.

Chcemy, by Dramatyczny był miejscem spotkania różnych głosów – i tak jak dawniej – sceną prezentującą współczesny dramat. Zależy nam na zapraszaniu artystów z wielu krajów. Spektakl, który wyreżyseruje Data Tavadze, inspirowany będzie wybitnym dziełem francuskiej kinematografii i powstanie na podstawie tekstu, który sam napisze. Prapremiery mają swoje ważne miejsce w historii Dramatycznego – i bardzo zależy nam na kontynuowaniu tej tradycji.

Jednym z wyzwań jest Duża Scena – symbol Teatru Dramatycznego, który w ostatnich latach był repertuarowo zaniedbany. To 450 miejsc – jak chcą Państwo je zapełnić?

Poprzez budowanie solidnego, stabilnego repertuaru i prowadzenie dialogu z widownią. To jedno z naszych największych wyzwań.

Obecny repertuar to wypadkowa produkcji z czasów dyrekcji Tadeusza Słobodzianka oraz kolektywu tworzonego przez Agatę Adamiecką, Małgorzatę Błasińską, Monikę Dziekan, Dorotę Kowalkowską i Monikę Strzępkę. Znajdują się w nim pozycje, które mimo upływu lat wciąż przyjmowane są entuzjastycznie – bilety na nie rozchodzą się błyskawicznie. Szczególne znaczenie ma tu queerowy musical „Kinky Boots”, najpopularniejszy tytuł powstały za dyrekcji Tadeusza Słobodzianka, czy „Mój rok relaksu i odpoczynku” w reżyserii Katarzyny Minkowskiej – wielki hit frekwencyjny kolektywu.

W tym sezonie szczególnie cieszy nas frekwencja i reakcje widzów na „Anioły w Warszawie”. Bardzo intensywnie pracujemy także nad publicznością spektaklu „The Wall” – dzięki zmianie strategii komunikacyjnej spektakl zyskuje coraz większą popularność.

Warto podkreślić, że „The Wall” ma specyficzny kształt scenograficzny – grany jest na platformach nadbudowanych nad fotelami widowni, co pozwala na kameralny kontakt widzów z aktorami. Zgodnie z koncepcją twórczyń i twórców miejsca na balkonach zostały wyłączone, by zachować spójność przestrzeni scenicznej.

Budowanie frekwencji to przede wszystkim kwestia budowania relacji z publicznością.

Nie wierzę w jednorazowe hity, które wyprzedają salę i znikają. Bardziej interesuje mnie budowanie zaufania — takiego, które sprawia, że widz wraca niezależnie od tytułu, bo wie, że zawsze znajdzie tu coś dla siebie. Chcemy, by publiczność chciała uczestniczyć w rozmowie, do której ją zapraszamy.

Zależy nam, by repertuar Dużej Sceny budować w oparciu o literaturę współczesną. Choć, jak to bywa, pojawi się wyjątek — Mikita Iljińczyk wyreżyseruje „Lalkę” Bolesława Prusa. To będzie klasyka, ale odczytana na nowo, z dzisiejszej perspektywy. Bardzo interesuje nas takie spojrzenie — zwłaszcza że Mikita łączy perspektywę polską i białoruską. Być może dostrzeże w tej kanonicznej powieści coś, czego my już nie widzimy. Dla nas to bardzo ciekawe — oddać polską klasykę komuś z zewnątrz, kto patrzy spoza naszej tradycji interpretacyjnej.

A co ze sceną Przodownik? Jaka jest jej sytuacja?

Scena Przodownik znajduje się w trudnej sytuacji ze względu na przepisy przeciwpożarowe. Komplikacje wynikają również z faktu, że Dramatyczny nie jest właścicielem tej przestrzeni. Nawet gdybyśmy chcieli zainwestować własne środki, byłoby to naruszeniem dyscypliny finansów publicznych, bo nie możemy inwestować w nieswoje mienie. Sprawdzaliśmy różne rozwiązania i niestety nie możemy działać samodzielnie.

Rozmawiamy z organizatorem i właścicielem budynku o tym, jak wypracować strategię zmian w zakresie bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Trzeba pamiętać, że to przedwojenne kino, a ówczesne standardy bezpieczeństwa znacząco różniły się od współczesnych. Przepisy również się zaostrzyły — w tej chwili możemy grać, ale liczba miejsc na widowni została ograniczona do osiemdziesięciu.

Scena Przodownik to dla nas ważna przestrzeń i dostrzegamy jej ogromny potencjał. Cieszymy się, że udało się zrealizować tam jedną z naszych premier. Ale sytuacja wymaga rozwiązań systemowych i współpracy.

Wkrótce przy placu Centralnym będą działały trzy teatry — Teatr Dramatyczny, Galeria Studio i TR Warszawa. Jak chcą się Państwo wyróżnić na teatralnej mapie Warszawy?

Naszą tożsamość budujemy na współczesności, ale także na pracy z perspektywy szeroko rozumianego Wschodu oraz na współpracy z artystami i artystkami, których głosy są unikatowe i niepowtarzalne. Staramy się, by nie były one obecne równolegle w innych warszawskich teatrach. Siłą polskiego teatru jest to, że powstaje w Europie Środkowej — z całym naszym dziedzictwem i kontekstami. Taki teatr chcemy budować w Dramatycznym.

Zawsze interesowały mnie głosy osadzone w konkretnej rzeczywistości — takie, które opisują świat z własnej perspektywy. Głosy uniwersalne, oderwane od kontekstu, często brzmią dla mnie mniej wyraziście. Ale oczywiście każda perspektywa coś otwiera, a coś zamyka. Dlatego dziś gest solidarności z Ukrainą oznacza dla mnie również decyzje repertuarowe. Osobiście uważam, że nie powinniśmy w tym czasie produkować spektakli na podstawie Czechowa czy Dostojewskiego. To wielka literatura i nie zniknie, jeśli na jakiś czas przestaniemy ją wystawiać. Wydaje mi się, że dziś po prostu co innego jest ważne.

Jerzy Koenig, dawny kierownik literacki Dramatycznego, pewnie by się z Panem nie zgodził — on uwielbiał Czechowa.

Oczywiście. I ja nikomu nie zamierzam narzucać swojego zdania. Każdy teatr podejmuje własne decyzje. Ja po prostu czuję, że w obecnej sytuacji — kiedy prowadzimy rezydencję dla ukraińskiej artystki i realizujemy projekty takie jak „Będzie trzeba, to pójdę na wojnę” — nie potrafiłbym jednocześnie budować repertuaru opartego na Czechowie. To moja osobista granica. Ale nie oceniam innych — każdy ma prawo postąpić według własnego uznania.

Jakim hasłem opisałby Pan nadchodzący sezon?

„Spajanie horyzontów” było hasłem całego pięcioletniego programu. Dla mnie to przede wszystkim próba budowania wspólnoty i rozmowy — także wtedy, gdy różnimy się światopoglądowo, estetycznie czy pokoleniowo. Chodziło nam o łączenie przeciwieństw, co jest dziś szczególnie ważne wobec postępującej polaryzacji.

Nie wprowadzamy osobnych haseł dla poszczególnych sezonów. Ale gdybym miał jednym zdaniem opisać sezon 2025/2026, powiedziałbym, że to sezon pytań o tożsamość — o to, co ją wyznacza, a co ogranicza. Zarówno na poziomie osobistym, jak i wspólnotowym czy narodowym.

Co konkretnie planują Państwo na sezon 2025/2026?

Na Dużej Scenie zaprezentujemy premierę musicalu „Era Wodnika”, wspomnianą już „Lalkę” w reżyserii Mikity Iljińczyka oraz spektakl Daty Tavadze. Na Małej Scenie zaplanowany jest debiut Macieja Jaszczyńskiego — studenta Akademii Teatralnej w Warszawie — na podstawie ikonicznego scenariusza filmowego z kręgu kultury punkowej, a także premiery w reżyserii Jana Jelińskiego i Jagody Szelc, o których więcej powiemy przy ogłoszeniu całego sezonu. Chcemy zachować element zaskoczenia.

Czy planowana jest współpraca z Krystianem Lupą?

Chcemy eksplorować historię Dramatycznego — a trudno ją sobie wyobrazić bez Krystiana Lupy. Jego premiery były jednymi z najważniejszych wydarzeń tej sceny w XXI wieku. W tym momencie nie prowadzimy rozmów z Krystianem Lupą. W pierwszych dwóch sezonach skupiamy się na współpracy z reżyserami i reżyserkami, którzy zamykają proces twórczy w standardowym czasie około trzech miesięcy. Zespół potrzebuje obecnie stabilnych, dobrze zdefiniowanych procesów, opartych na gotowych scenariuszach. To potrzebny etap uspokojenia sytuacji w teatrze. Ale nie zamykamy się na bardziej eksperymentalne propozycje — będziemy obserwować, co działa. Program teatru to rozmowa, nie wykład.

A Pańska drużyna marzeń?

Najważniejsza jest dla mnie drużyna, którą już tu mamy. Nie interesuje mnie program zbudowany z „modnych nazwisk” odhaczanych po kolei. Wolę powroty — pracę z osobami, z którymi budujemy coś wspólnego.

W ciągu trzech najbliższych sezonów w Dramatycznym pracować będą m.in. Anna Augustynowicz, Jagoda Szelc, Jan Jeliński, Mikita Iljińczyk i Data Tavadze — osoby, z którymi współpracowaliśmy w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Do tego zapraszamy reżyserów i reżyserki, z którymi jeszcze nie pracowaliśmy, jak Paweł Miśkiewicz, Magda Szpecht, Małgorzata Warsicka, Maciej Jaszczyński.

Jest też jedna osoba, której obecność w Warszawie byłaby dla mnie spełnieniem marzenia. Jeśli wszystko się uda, pojawi się w Dramatycznym wiosną 2027 r. Tytuł spektaklu jest już ustalony. Na razie nic więcej nie mogę zdradzić, dopóki nie będziemy mieć stuprocentowej pewności. Sam fakt, że to możliwe, bardzo ekscytujący.

Jak wygląda dziś sytuacja finansowa Dramatycznego? Z tym zawsze był problem: do niedawna obciążeniem było utrzymywanie jednocześnie Sceny na Woli, Przodownika i dwóch przestrzeni w siedzibie głównej. A jak jest teraz? Często w programach teatrów kwestie finansowe to zaledwie zdawkowy temat.

To bardzo ważna kwestia. Teatr Dramatyczny działa w systemie teatrów publicznych – opartym na idei, że państwo wspiera tworzenie sztuki. I to jest kluczowe, ale nie oznacza, że możemy się finansami nie przejmować. W momencie, gdy obejmowaliśmy tę instytucję, znaliśmy oczywiście wysokość budżetu, ale dopiero po wejściu do środka zobaczyliśmy, jak wygląda polityka finansowa Dramatycznego.

W poprzednim roku budżetowym wynik finansowy był bardzo dobry. Obecnie systematycznie ewaluujemy finanse Teatru, a sytuacja na zakończenie pierwszego półrocza wskazuje na zysk. To pierwszy rok budżetowy, w którym pracuję w Dramatycznym, dlatego kwestie finansowe traktuję z dużą uwagą. Oczywiście lwia część budżetu to tzw. koszty stałe, które w przypadku tak dużej instytucji są stosunkowo wysokie.

Ważnym elementem budżetu są wpływy ze sprzedaży biletów. W kończącym się sezonie mamy lepsze wskaźniki – więcej widzów i wyższe przychody z biletów niż w poprzednim roku. Dbanie o dobrą sprzedaż spektakli jest jednym z kluczowych elementów troski o finanse Dramatycznego.

Ale ten teatr już miał takie doświadczenia: lata osiemdziesiąte – odpływ publiczności, a później podobnie za dyrekcji Pawła Miśkiewicza.

Zgadzam się. Uważam, że model Pawła Miśkiewicza, Doroty Sajewskiej i Katarzyny Szustow był jednym z najciekawszych i najbardziej radykalnych w polskim teatrze ostatnich dwudziestu lat. Problemem była jednak duża scena – w tamtym czasie o ponad 150 miejsc większa niż dziś – oraz to, że nie udało się zbudować widowni regularnie zapełniającej tych siedemset miejsc.

To nie jest sala, w której można sobie pozwolić na granie dla pustych foteli. To przestrzeń przygotowana na duże inscenizacje – z doskonałymi warunkami technicznymi, ze znakomitą akustyką i z wyjątkowo dobrymi proporcjami sceny. Jedna z najpiękniejszych scen w Warszawie, a jednocześnie – mimo rozmiaru – dająca stosunkowo intymny kontakt z aktorami.

Ale to także scena wymagająca repertuaru, który pozwala zapełniać dziś 450 miejsc. Owszem, dotacja publiczna daje nam bezpieczeństwo i pozwala tworzyć teatr artystyczny, jednak nie zwalnia z obowiązku dbania o widza. Pusta sala to nie tylko problem finansowy, to również fatalny sygnał dla całej instytucji i jej wizerunku.

Coś Pana zaskoczyło po krótkim czasie dyrekcji Moniki Strzępki?

Dramatyczny to dla mnie nowe miejsce – wiele rzeczy jest tu dla mnie nowych, wymagających poznania. Nie łączyłbym tego wyłącznie z dyrekcją Moniki Strzępki, o której – zgodnie z jej intencją – staram się mówić jako o dyrekcji kolektywu w składzie: Agata Adamiecka, Małgorzata Błasińska, Monika Dziekan, Dorota Kowalkowska i Monika Strzępka.

W Dramatycznym coś mnie zaskakuje niemal co tydzień – takie już jest to miejsce. Każdy teatr ma swoją filozofię prowadzenia, a Dramatyczny ma na sobie wiele warstw i wiele filozofii, często mocno ze sobą kontrastujących.

Jedna historia, która rzeczywiście zbiła mnie z tropu, dotyczy Anny Sapiego, a właściwie – jej zdjęcia. Anna Sapiego była dyrektorką naczelną Dramatycznego w latach 1991–2007, czyli w czasach spektakli m.in. Lupy, Warlikowskiego, Jarzyny czy Wilsona. Mimo to, nie doczekała się swojego miejsca w galerii fotografii dyrektorów tej sceny, jaka wisi na ścianach korytarza przy sekretariacie.

W galerii znajdowało się i nadal znajduje zdjęcie Piotra Cieślaka, jej zastępcy do spraw artystycznych, jednak nie dyrektorki. Galeria powstała za czasów Tadeusza Słobodzianka – i od początku brakowało w niej Anny Sapiego. Można by się spodziewać, że kiedy Dramatycznym kierował kolektyw, bardzo wyczulony na kwestie kobiecej historii, to to zdjęcie się pojawi. Ale ono się nie pojawiło.

Dla mnie było oczywiste, że trzeba to uzupełnić. Dziś zdjęcie Anny Sapiego już wisi w galerii dyrektorów i dyrektorek. I cieszę się, że regularnie gościliśmy ją w tym sezonie na naszych premierach.

Dramatyczny obchodzi w tym roku 70-lecie istnienia. Jak Państwo planują nawiązać do tej rocznicy?

Dla nas jednym z ważnych elementów obchodów jest próba przywrócenia pamięci o Halinie Mikołajskiej. Planujemy odsłonięcie tablicy poświęconej jej pamięci w holu Dramatycznego – mamy nadzieję, że uda się to zrealizować jeszcze w tym roku, we współpracy z Dzielnicą Śródmieście.

To nie takie proste, gdyż Pałac Kultury to zabytek i wszystko wymaga długotrwałych uzgodnień. Zaczęliśmy te formalności w lutym i liczymy, że uda się je zakończyć do grudnia.

To dla nas istotne, bo choć nazwa teatru upamiętnia Gustawa Holoubka, to Halina Mikołajska była postacią równie ważną dla historii tej sceny, a do tej pory nie miała tu żadnej materialnej obecności. W tym sezonie pojawiła się w pewnym sensie jako inspiracja jednej z postaci w Aniołach w Warszawie, czy jako jedna z bohaterek koncertu 4 czerwca 1989. Ten jeden dzień, który zrealizowaliśmy wspólnie z Domem Spotkań z Historią.

Sala jej imienia formalnie nie należy do Teatru – korzystamy z niej czasami i bardzo zależy nam, by powróciła do Dramatycznego. Chcemy, aby tablica poświęcona Halinie Mikołajskiej znalazła się w głównym holu, obok tablicy Gustawa Holoubka.

Kategorie:


Cytat Dnia

„Scenografia czasem jest w stylu szkolnych przedstawień (tekturowe elementy zjeżdżające z góry i mocno umowna zmiana plenerów), ale to dobrze, bo realizatorzy nie bali się klasycznego języku teatralnego”

Michał Derkacz o „Lubiewie”, reż. Jędrzej Piaskowski; Wroclawdlastudenta.pl, 26.01.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL