Więcej struktury niż namiętności
O spektaklu Sen nocy letniej Williama Szekspira w reż. Michała Zadary z Teatru Komedia w Warszawie na 29. Międzynarodowym Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku pisze Wiesław Kowalski.
Oglądany przeze mnie po raz drugi Sen nocy letniej w reżyserii Michała Zadary – tym razem podczas 29. Międzynarodowego Festiwalu Szekspirowskiego w Gdańsku – wypadł wyraźnie lepiej niż przy premierze w Warszawie. Inscenizacja zyskała na klarowności, a pierwszy akt – wcześniej chaotyczny – nabrał wyrazistości i rytmu. Nadal jednak trudno mówić o przedstawieniu w pełni przekonującym – zwłaszcza pod względem aktorskim i emocjonalnym.
Zadara, we współpracy z dramaturgiem Maksymilianem Nowakiem, postawił na konwencję umownego, autotematycznego teatru, który traktuje szekspirowską komedię raczej jako materiał do analizy form scenicznego opowiadania niż jako pretekst do tworzenia świata emocji czy iluzji. Zredukowana scenografia Roberta Rumasa – trzy białe kanapy, beżowa zasłona i stylizowany księżyc – eliminuje realistyczne odniesienia i przenosi akcję w przestrzeń abstrakcyjną, niemal laboratoryjną.
Reżyser zachowuje strukturę dramatu, eksponując jego precyzyjną konstrukcję. Narracja porusza się między trzema porządkami: arystokratycznym (Tezeusz i Hipolita), romantycznym (czworo młodych kochanków) i fantastyczno-teatralnym (Oberon, Tytania, Puk, rzemieślnicy). Siedmioosobowa obsada wciela się łącznie w 23 role – co pozwala wydobyć warstwę performatywną, ale jednocześnie rozmywa wyrazistość postaci. Częste przekształcenia ról i świadome gry z konwencją nie zawsze służą budowaniu przekonujących relacji między bohaterami.
Aktorstwo, które już podczas premiery wydało mi się nierówne, a momentami wręcz przekrzyczane, także podczas gdańskiego pokazu nie przekroczyło pewnego poziomu. Wiele tu farsowych gestów, przerysowanych reakcji i rytmicznych powtórzeń – co z jednej strony może bawić, ale z drugiej sprawia, że emocje między postaciami pozostają powierzchowne. Partie kochanków, choć formalnie dopracowane, bardziej przypominają ćwiczenie z konwencji niż pełnokrwistą, sceniczną ekspresję.
Znacznie ciekawiej wypada finałowy epizod – przedstawienie Pyrama i Tyzbe w wykonaniu ateńskich rzemieślników. Zadara rezygnuje tu z farsy na rzecz tonacji bardziej serio, podkreślając szczerość ich scenicznego wysiłku. Zderzenie tej naiwnie zaangażowanej gry z ironiczną reakcją arystokracji działa jako celny, choć dość oczywisty kontrapunkt – pokazujący dwa modele odbioru sztuki: autentyczny i bezbronny oraz wyrafinowany, ale zdystansowany.
Spektakl nie stroni od autotematycznych gestów i meta-teatralnych komentarzy – zwłaszcza poprzez multiplikację ról i konwencjonalne przesunięcia między powagą a farsą. Choć te zabiegi mogą skłaniać do refleksji nad kondycją teatru, aktorstwa i oczekiwań publiczności, pozostają one raczej konceptualne niż głęboko poruszające. Forma góruje nad emocją – co może być zamierzoną decyzją twórczą, ale odbiera spektaklowi intensywność przeżycia.
Widziany po raz drugi “Sen nocy letniej” Michała Zadary sprawia wrażenie bardziej uporządkowanego i rytmicznego niż przy premierze. Mimo widocznych postępów, trudno mi jednak nawiązać z nim głębszą emocjonalną więź. To spektakl bez wątpienia inteligentnie skonstruowany, ale chłodny i zdystansowany. Bardziej studium formy niż opowieść o namiętnościach.
fot. Marek Zimakiewicz / Teatr Komedia Warszawa