W mijającym sezonie jednym z niewielu prawdziwych teatralnych wydarzeń okazał się odnowiony program Teatru Telewizji pod kierownictwem Michała Kotańskiego. Po latach kuriozalnych estetyk i programowej ideologizacji teatr telewizyjny – niegdyś instytucja o symbolicznym znaczeniu – odzyskał sens, język i publiczność. Skromnie, ale z klasą. Bez rewolucji, za to z konsekwencją – pisze Wiesław Kowalski.
Zaskoczeniem więc było, że mimo tego sukcesu Kotański nie został wybrany na dyrektora Teatru Narodowego. Ministerstwo zapowiadało, że na czele tej instytucji powinien stanąć nie artysta-wizjoner, ale sprawny menedżer. Tymczasem postawiło na Jana Klatę – reżysera o uznanym nazwisku, ale też wyrazistym ego. Co więcej, program, który Klata przedstawił w konkursie, nie zapisał się niczym szczególnym poza jego osobistym entuzjazmem do samego siebie. Tak przynajmniej twierdzi Tomasz Plata w swoim podsumowaniu sezonu. Czy słusznie?
Trudno zignorować fakt, że oba nazwiska – Klata i Plata – mają ze sobą więcej wspólnego, niż by chcieli przyznać. Łączy ich nie tylko rytm nazwisk, ale też skłonność do autoafirmacji. Plata – błyskotliwy komentator życia teatralnego – często widzi teatr przez soczewkę własnych diagnoz i koncepcji, które niekiedy przesłaniają realny obraz sceny. Klata – wizjoner, owszem, ale coraz częściej powtarzający siebie i inscenizacyjnie odbijający się od własnych, dawno zużytych tropów.
A co z Kotańskim? Jego przeciwnicy – nie zawsze anonimowi – powtarzają szeptem, że „miał łatwo”, bo „przychodził na spaloną pisowską ziemię”. Że wystarczyło posprzątać, żeby zabłysnąć. Że od sukcesu w Teatrze Telewizji do kierowania Narodowym jeszcze daleko. I że przecież „nie ma na koncie wybitnych inscenizacji”.
Problem w tym, że taka narracja – choć wygodna – jest powierzchowna. Kotański ma za sobą nie tylko kilka bardzo dobrze przyjętych spektakli (Widnokrąg, Dzieje grzechu), ale też sprawdzoną praktykę zarządzania instytucją teatralną i artystyczną konsekwencję. Nie operuje fajerwerkiem, lecz warsztatem. Tworzy przestrzeń dla aktora i tekstu, a nie dla własnego mitu.
Czy to za mało? Być może w konkursach na dyrekcję dużych scen bardziej liczy się obecność w obiegu opinii niż w repertuarze. Być może dziś teatr publiczny coraz częściej przypomina wybory miss: zamiast pytać o sens, pytamy o rozpoznawalność. Kto jest głośniejszy, kto mocniej sformułuje własną legendę – ten wygrywa.
Nie chodzi jednak o to, by deprecjonować Klatę, bo polski teatr wiele mu zawdzięcza. Ale jeśli rzeczywiście – jak sugeruje Plata – kluczem do wyboru była autopromocja i mitotwórstwo, to mamy powód do niepokoju. Teatr Narodowy potrzebuje nie tylko wizji, ale też spokoju, stabilności i głębokiego namysłu nad polską tradycją sceniczną – nie jej jednorazowego „przełamania”.
Tymczasem warto przyjrzeć się samej narracji, którą wokół konkursu stworzył Plata – i tu pojawiają się zastrzeżenia, których nie sposób zignorować. Powtarzana w felietonie informacja o „odmowie Michałowi Kotańskiemu” jest nie tylko przeinaczeniem, ale wręcz fałszem. Konkurs na dyrektora Teatru Narodowego był zamknięty, a Kotański znalazł się w jego finale jako jeden z kandydatów. W ostatecznej fazie decyzję podjęła komisja, która oceniała programy, nie nazwiska. I rzeczywiście – trudno nie zgodzić się z tą refleksją: stanowisko dyrektora Teatru Narodowego nie jest dziedziczną koroną, choć można odnieść wrażenie, że niektórzy publicyści lub artyści oczekują, że tak właśnie będzie. Jakby sama obecność w medialnym obiegu, uprzedni sukces czy słuszność estetyczna miały wystarczyć, by decyzja była oczywista.
Ale przecież nie była. Bo też nie mogła być.
Czy zatem Tomasz Plata cierpi na „syndrom wyparcia”? Być może. A może to po prostu naturalna reakcja zaangażowanego obserwatora, który w sporze gubi rozdział między oceną artystyczną a instytucjonalną realnością. Prawdą jest, że Kotański ma dorobek i styl, który budzi szacunek. Prawdą też, że komisja – działająca według określonych zasad – wybrała innego kandydata. Problem leży nie tyle w tym, kto wygrał, ale w tym, jak opowiadamy o przegranym. Czy każdą porażkę trzeba natychmiast przekształcać w narrację o niesprawiedliwości?
Dyskusja o tym, komu „należał się” Narodowy, jest więc w gruncie rzeczy wtórna. Znacznie ważniejsze jest pytanie, jaką rolę ma dziś pełnić teatr publiczny i kto jest gotów wziąć za to odpowiedzialność – nie tylko artystyczną, ale i społeczną. Czy potrafimy jeszcze wyjść poza kalkulacje polityczne, ambicje i osobiste interesy? Czy potrafimy zbudować teatr, który będzie prawdziwym miejscem spotkania, przestrzenią dla dialogu i refleksji, a nie tylko areną pokazów czy polem walki?
Na razie wydaje się, że wciąż najgłośniej słyszymy tych, którzy potrafią najlepiej mówić o sobie – a nie tych, którzy potrafią słuchać i odpowiadać na potrzeby widza oraz zmieniającego się świata. Dajemy więc nowemu kierownictwu szansę – nie przekreślamy, lecz cierpliwie czekamy na to, co pokaże. Bo teatr publiczny to przecież nie konkurs popularności, lecz przestrzeń tworzenia wspólnoty i sensu. A oceny – wbrew medialnym emocjom – powinny wynikać z pracy i efektów, nie z legend i oczekiwań.
Fot. Marta Ankiersztejn / Teatr Narodowy Warszawa
absolwent Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Słupsku oraz Studia Wokalno-Aktorskiego Danuty Baduszkowej przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Współpracował z wieloma teatrami w Polsce, m.in. Teatrem Polskim w Bydgoszczy. Ma na swoim koncie ponad 60 ról teatralnych. Od roku 2001 zajmuje się krytyką teatralną.