Kiedy 30 czerwca w Instytucie Teatralnym rozstrzygnięto 31. Ogólnopolski Konkurs na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, wielu z nas mogło poczuć coś na kształt ulgi. Tak – polski dramat współczesny wciąż istnieje, wciąż powstaje, jest pisany, wystawiany i nagradzany. Ale czy to wystarczy, by mówić o jego dobrej kondycji? A może – jak w klasycznym pytaniu – dramat żyje, ale niekoniecznie ma się dobrze? – pisze Wiesław Kowalski.
Sam trzy lata temu miałem okazję przyglądać się temu z bliska jako członek Komisji Artystycznej w pierwszym etapie konkursu. W ciągu jednego sezonu obejrzałem 110 spektakli – z jednej strony to doświadczenie pokazało imponującą skalę twórczości, z drugiej zaś uwidoczniło, jak wiele z tych realizacji traktowało dramat raczej jako pretekst niż punkt ciężkości. To wrażenie wraca i dziś.
111 spektakli zgłoszonych do tegorocznej edycji to nadal liczba budząca respekt. Jednak zaledwie 14 finałowych tytułów unaocznia, że w tej gęstej dżungli nadal szukamy wyraźnych dróg – tekstów, które są nie tylko aktualne, ale też wyraziste formalnie i silne teatralnie. Wciąż zbyt często dramaty współczesne funkcjonują w przestrzeni teatralnej jako materiał warsztatowy lub surowiec do reżyserskich eksperymentów, a nie jako samoistne, pełnokrwiste dzieła.
W poszukiwaniu języka (i widza)
Co mówi nam finał tegorocznej edycji? Przede wszystkim – że polska dramaturgia to dziś krajobraz zróżnicowany, momentami pełen ryzyka, ale niepozbawiony sprzeczności. Z jednej strony mamy teksty radykalnie intymne, jak 28 dni z życia dziewczyny Sandry Szwarc czy Biedermannowie Anny Wakulik. Z drugiej – formy eksperymentalne (Na borg, Pigmalion), które próbują pogodzić język dokumentu z metaforą. Jest w tym ruch, jest energia, ale też wyraźny brak dominującego nurtu.
To zresztą symptomatyczne: współczesny dramat polski nie mówi jednym głosem. I dobrze – bo czasy są zbyt złożone na jednoznaczność. Ale czy teatr – jako instytucja – umie wykorzystać ten potencjał? Czy rzeczywiście wspiera autorów i autorki, czy raczej dopuszcza ich do głosu „od święta”, przy okazji konkursu?
Nowe głosy, stare bariery
Nazwiska laureatów – Julia Holewińska, Artur Pałyga, Anna Wakulik, Bartosz Cwaliński, Daria Sobik – to autorzy, którzy funkcjonują w teatrze od lat, ale niekoniecznie na pierwszym planie repertuarów. Wielu z nich pisze dla konkretnych teatrów, reżyserów, kontekstów. Rzadko kiedy współczesny dramat żyje poza zamówieniem lub koprodukcją. Co gorsza – niemal wcale nie doczekuje się wznowień.
Pytanie więc nie brzmi już tylko: czy mamy dobrą dramaturgię? Bo mamy. Brzmi raczej: czy teatr repertuarowy rzeczywiście jej potrzebuje? Czy w polskich teatrach dramat współczesny jest osadzony, czy raczej tolerowany? I – co równie ważne – czy jest komunikatywny dla widowni?
Na scenie lokalnie, w tematach uniwersalnie
Zestawienie finalistów pokazuje, że nie Warszawa i nie Kraków, ale raczej Słupsk, Olsztyn, Tarnów, Kielce czy Szczecin stają się dziś istotnymi ośrodkami eksperymentu i autorskiej wypowiedzi. To tam dramat współczesny nie jest egzotyką, ale częścią codziennego repertuaru.
Szczególnie ciekawie wypadają te realizacje, które sięgają po tematy lokalne, jak Skok wzwyż czy Na borg, a przy tym budują narrację uniwersalną, rozpoznawalną także dla widza spoza danego regionu. To właśnie te spektakle wskazują możliwą drogę: teatr zakorzeniony w realnym świecie, ale nie zamknięty w regionalizmie.
Co dalej?
Nie da się ukryć: współczesna polska dramaturgia przechodzi etap przeobrażeń. Nie ma już dziś jednego stylu ani dominujących tematów. Jest za to różnorodność form i formatów – dramat psychologiczny, dokumentalny, polityczny, queerowy, ekologiczny, dziecięcy. To teatr, który pyta, ale nie zawsze odpowiada. Który opowiada świat w procesie.
Ale żeby ten świat wybrzmiał, potrzebne są instytucje, które potraktują dramat współczesny nie jak dopisek do repertuaru, ale jego fundament. Potrzebni są też widzowie, którym teatr nie będzie się jawił jako skansen albo moralitet. Tylko wtedy dramat – ten pisany tu i teraz – nie tylko przetrwa, ale rzeczywiście stanie się głosem czasu.
Bo współczesny teatr bez współczesnego dramatu? To tylko gra scenograficzna.
absolwent Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Słupsku oraz Studia Wokalno-Aktorskiego Danuty Baduszkowej przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Współpracował z wieloma teatrami w Polsce, m.in. Teatrem Polskim w Bydgoszczy. Ma na swoim koncie ponad 60 ról teatralnych. Od roku 2001 zajmuje się krytyką teatralną.