Różnorodność, dialog, tradycja
Z Arturem Tyszkiewiczem, dyrektorem Teatru Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie, rozmawia Malwina Kiepiel.
fot. Teatr Ateneum w Warszawie
Z Arturem Tyszkiewiczem, dyrektorem Teatru Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie, rozmawia Malwina Kiepiel.
fot. Teatr Ateneum w Warszawie
Rozmowa podsumowująca sezon 2024/2025 w Teatrze Ateneum i zapowiadająca nowy sezon teatralny. Artur Tyszkiewicz mówi o roli repertuaru, potrzebie dialogu z widzem, o miejscu klasyki i współczesności na scenie, a także o planach na sezon 2025/2026.
MK: Jaki był dla Państwa miniony sezon teatralny?
AT: Pozwolę sobie zacytować Gombrowicza z Trans-Atlantyku: „Chwal się, chwal, bo kto inny cię pochwali?”. No właśnie – dlatego powiem szczerze: to był bardzo udany sezon. Potwierdzają to również dane – mamy obecnie frekwencję na poziomie 98 proc. Ale nie tylko liczby o tym świadczą. Przede wszystkim – to był sezon różnorodny. Naszą ambicją jest prowadzić teatr otwarty – dla widzów o różnych wrażliwościach i gustach. Każdy powinien w repertuarze Ateneum znaleźć coś dla siebie.
W tym sezonie sięgnęliśmy m.in. po klasyczny kryminał. Pułapka na myszy była pierwszą od bardzo dawna próbą zmierzenia się z Agathą Christie w warszawskim teatrze dramatycznym. Jak się okazało, nie tylko my dostrzegliśmy potencjał tej autorki – wkrótce po nas pojawiła się kolejna inscenizacja w Comedie-Franceise. Ale Christie nie jest tylko autorką lekkiej literatury – jej teksty mają swoją dramaturgiczną gęstość i potencjał teatralny.
Wróciła też do Ateneum reżyserka Iwona Kempa – i po znakomitym To wiem na pewno zrealizowała kolejny ważny spektakl, Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej, ponownie podejmując temat rodziny. Z kolei Przemysław Bluszcz zmierzył się z legendarnym Belfrem – dramatem, który po Wojciechu Pszoniaku wydawał się nie do dotknięcia. A jednak Przemek poradził sobie znakomicie. To przedstawienie okazało się zresztą bardzo aktualne – w kontekście napięć, jakie dziś pojawiają się w relacjach między młodzieżą a dorosłymi. I nie mówię tylko o nauczycielach, ale też o rodzicach, opiekunach. Słyszałem niedawno dramatyczną wiadomość z Austrii o uczniu, który wtargnął do szkoły z bronią – i mam poczucie, że tekst Belfra mówi o takich napięciach już od dawna. Może dziś nawet bardziej niż w czasach, gdy grał go Pszoniak.
W tym sezonie zrealizowaliśmy też Parę nasyconą – spektakl jubileuszowy Mariana Opani, który spełnił swoje artystyczne marzenie. To była forma teatralna na pograniczu recitalu i spektaklu muzycznego – z tekstami Jana wołka i muzyką Jerzego Satanowskiego. Ale przede wszystkim była to opowieść Mariana o sobie – o życiu, o wspomnieniach. Człowiek z takim dorobkiem ma pełne prawo do osobistego głosu. Cieszę się, że to przedstawienie powstało u nas.
Na koniec jeszcze Ostatnia lekcja – przedsięwzięcie nietypowe, bo zupełnie oddolne. Zainicjowane przez Grzegorza Damięckiego, który zaprosił do współpracy młodych aktorów i młodą autorkę. Chodzili po sali prób, pisali, rozmawiali, tworzyli. Początkowo nie wiadomo było, czy coś z tego wyniknie – ale powstał ważny i mądry spektakl, który bardzo wyraźnie kieruje się do młodych widzów. I to nie jest przypadek.
W Teatrze Ateneum bardzo mocno wierzymy, że teatr powinien mówić do konkretnych ludzi – a nie tylko do samego siebie. Kiedy przygotowujemy premierę, zawsze pytamy: „po co ją robimy?” i „z kim chcemy rozmawiać?”. I myślę, że każda z tegorocznych premier była właśnie odpowiedzią na te pytania. Dlatego uważam ten sezon za bardzo udany.
Co zobaczymy na scenie Ateneum w sezonie 2025/2026?
Ten sezon będzie w dużej mierze poświęcony polskiej literaturze – nie z pobudek narodowych w sensie politycznym. Uważam, że teatr instytucjonalny, jakim jest Ateneum – teatr dotowany z publicznych środków – ma obowiązek zajmować się rodzimą literaturą. Ale rozumiem ją bardzo szeroko – to nie tylko klasyka, ale również współczesne teksty, które rezonują z naszą codziennością i tożsamością.
Już 18 października odbędzie się premiera Grupy krwi Anny Wakulik, zwycięskiego tekstu konkursu „Dramatopisanie”, w reżyserii Wojciecha Urbańskiego. To dramat, który miał już swoje realizacje – w Częstochowie i Słupsku – ale jestem przekonany, że w Warszawie zabrzmi szczególnie. To tekst o poszukiwaniu tożsamości – osobistej i wspólnotowej. W Warszawie prawie każdy jest skądś. Sam mieszkam w Miasteczku Wilanów, gdzie w święta całe osiedla pustoszeją – bo większość mieszkańców wyjeżdża do rodzinnych miejscowości. Ten spektakl dotyka właśnie takich emocji: kim jesteśmy, skąd pochodzimy, jak odnaleźć wspólnotę w nowym miejscu. Co więcej – sztuka ma formę thrillera, więc nie są to rozważania czysto socjologiczne. Napięcie między postaciami jest ogromne, a tekst porusza ważne, aktualne tematy – również z perspektywy widza warszawskiego.
W nowym sezonie sięgacie też po absolutną klasykę – „Lalkę” Prusa.
Tak, reżyseruje ją Piotr Ratajczak, a adaptację przygotowuje Konrad Hetel – co już samo w sobie jest nie lada wyzwaniem. „Lalka” nie jest łatwa do przeniesienia na scenę, to tekst wielowarstwowy. Kiedy pojawiły się zapowiedzi ekranizacji – i serialu, i filmu z Marcinem Dorocińskim – Piotr zadzwonił do mnie z pytaniem, czy nie boimy się konkurencji. Ale teatr to zupełnie inne medium niż film. Wręcz przeciwnie – ekranizacje mogą tylko zainteresować widzów tym tytułem. U nas w roli Wokulskiego wystąpi Grzegorz Damięcki, a Zofia Domalik zagra Izabelę Łęcką. Dla mnie Lalka to nie tylko opowieść o miłości czy XIX-wiecznej Warszawie. To tekst o dwóch wizjach Polski – jednej romantycznej, poświęcającej wszystko dla ojczyzny, i drugiej pozytywistycznej, opartej na ciężkiej pracy, budowaniu dobrobytu i odpowiedzialności obywatelskiej. Ten spór – między Polską mogił a Polską pracy – jest wciąż żywy. Wierzę, że nasza realizacja wpisze się w tę dyskusję i otworzy widzom nowe perspektywy.
Kolejną premierą będzie „Chamowo” w reżyserii Mikołaja Grabowskiego.
Tak, Mikołaj wraca do Ateneum z tekstem Mirona Białoszewskiego. Chamowo to bardzo osobisty dziennik pisany językiem trudnym, , ale jednocześnie niezwykle oryginalnym. Białoszewski opisał swoje doświadczenia z życia w blokach z wielkiej płyty na Saskiej Kępie – to było właśnie osiedle nazywane przez starych mieszkańców „Chamowem”. Dostał tam mieszkanie i zaczął notować codzienność – relacje z sąsiadami, drobne obserwacje, które zamienił w poezję. To tekst stworzony wprost dla wrażliwości Mikołaja Grabowskiego – artysty, który potrafi uchwycić absurd codzienności i przekuć go w teatr. Tym tytułem nie tylko przypominamy zapomnianego dziś trochę Białoszewskiego, ale też opowiadamy o Warszawie – mieście bliskim, codziennym, intymnym.
Pojawi się też „Iwona, księżniczka Burgunda” Gombrowicza w reżyserii Anny Augustynowicz – i z nowym aktorem w zespole.
Tak, do Ateneum dołącza Dawid Ogrodnik. Rozpocznie próby w styczniu 2026 roku i wtedy zadebiutuje na naszej scenie jako książę Filip. W obsadzie znajdą się m. in. Adam Cywka w roli Szambelana, Przemek Bluszcz jako Król. Iwona w tej obsadzie i w reżyserii Anny Augustynowicz zapowiada się jako spektakl wyjątkowy – intelektualnie wyrafinowany, ale i emocjonalnie silny. Dla nas to ważne wydarzenie – nie tylko z powodu obsady, ale i powrotu do tekstu, który zadaje pytania o władzę, język i społeczny konformizm.
Ateneum uchodzi za klasyczny teatr środka. Jak Pan rozumie to pojęcie?
Dla mnie teatr środka to teatr funkcjonujący w magicznym trójkącie: autor–aktor–widz. Autor daje temat, aktor – życie sceniczne, a widz jest jego adresatem. I to on jest najważniejszy. Teatr środka to nie estetyka, ale etyka dialogu z publicznością.
Istnieją inne modele teatru – eksperymentalne, edukacyjne, postdramatyczne, które mogą być bardzo wartościowe. Ale często nie zakładają wzajemności. To jest teatr, który nie pyta widza o zdanie – raczej informuje go: „to jest mój świat, możesz wejść albo nie”. Czasem mamy też teatr z ambicją edukacyjną – gdzie reżyser mówi: „pokażę państwu, co myślę o rzeczywistości, a państwo mogą się z tym zgodzić albo nie”. Rozumiem to, szanuję. W tym teatrze chodzi o jednostronną transmisję.
A my w Ateneum wybieramy teatr oparty na wzajemności, dialogu z widzem.
Widzowie przychodzą dziś bardziej na aktorów czy na tekst?
W Warszawie – na aktorów i autorów. Reżyserzy muszą się z tym pogodzić – sam też jestem reżyserem i akceptuję tę rzeczywistość. Obsada ma ogromne znaczenie.
Czy będzie miejsce dla młodych reżyserów w Ateneum?
Oczywiście, jeśli będą chcieli grać w naszym „systemie gry” – teatrze trójkąta: widz–autor–aktor. Jeśli znajdą język, który to respektuje – drzwi są otwarte.
A co z młodszą publicznością?
Już dziś widzimy, że młodzież chętnie przychodzi na „Pułapkę na myszy”. „Ostatnia lekcja” także była skierowana do młodego widza. Staramy się wprowadzać teksty i formy, które ich dotyczą i angażują.
Czy Ateneum planuje sięgnąć po tragedię antyczną?
Oczywiście, że tak. Ale trzeba pamiętać, że tragedia antyczna ma to do siebie, że stawia poprzeczkę bardzo wysoko. Musi się pojawić reżyser, który naprawdę będzie potrafił ją zrealizować. Teatr grecki opierał się zawsze na słowie – ówczesny widz musiał sobie sam stworzyć w głowie obraz tego, co słyszał. Dziś mamy zupełnie inne przyzwyczajenia percepcyjne – wszędzie jesteśmy otoczeni obrazem, dźwiękiem, jesteśmy wręcz przebodźcowani. Tragedia antyczna wymaga skupienia i wytworzenia obrazu przez słowo. To jest bardzo trudne zadanie.
Trzeba to mądrze wymyślić. Uwzględnić te ograniczenia percepcyjne współczesnego widza i stworzyć inscenizację, która nie będzie tylko rekonstrukcją, ale rzeczywistym przeżyciem. Czekam na reżysera, który to udźwignie – bo uważam, że Ateneum byłoby świetnym miejscem na takie wyzwanie.
To jeszcze wróćmy do tematu, który już wcześniej się pojawił – spektakli muzycznych w Ateneum. Czy widzi Pan przestrzeń na przykład na współpracę z Wojciechem Kościelniakiem?
Oczywiście. Wojciech Kościelniak zrealizował w Ateneum świetnie przyjęty spektakl „Niech no tylko zakwitną jabłonie”), który bardzo wysoko oceniam. Ateneum ma zresztą bogatą i znaczącą tradycję teatru muzycznego – to jedna z tych scen w Polsce, która przez dekady pielęgnowała ten gatunek, nie rezygnując przy tym z najwyższych wymogów artystycznych. Ten potencjał wciąż tu jest – mamy znakomitych aktorów, którzy potrafią nie tylko grać, ale i śpiewać na bardzo wysokim poziomie.
Ogromnym atutem jest także obecność Wojciecha Borkowskiego, naszego kierownika muzycznego, z którym przygotowujemy wyjątkowy projekt na zbliżający się sezon. W ubiegłym roku miałem silną potrzebę – bardzo prywatną, ale chyba podzielaną przez wielu – by w okresie świątecznym pójść do teatru i poczuć atmosferę tych dni inaczej: poprzez muzykę, kolędy, piosenki, a może nawet opowieść osadzoną w zimowym krajobrazie. Tak zrodził się pomysł, który w tym roku zrealizujemy.
Od 27 grudnia aż do połowy stycznia, z uwzględnieniem wieczoru sylwestrowego, zaprosimy widzów na wieczory kolęd i świątecznych piosenek w Ateneum – w opracowaniu muzycznym Wojciecha Borkowskiego, z udziałem prawie dwudziestoosobowej orkiestry na żywo i siedemnastu naszych aktorów. To będzie nie tylko muzyczne wydarzenie, ale i czas wspólnoty – zaproszenie do wspólnego śpiewania, do przeżywania świąt razem. W duchu Ateneum: z klasą, ze wzruszeniem i z bardzo dobrym rzemiosłem.
Wciąż czekamy też na spektakl o bardzie Warszawy Stanisławie Grzesiuku?
Tak, Michał Siegoczyński pracuje nad tekstem. Kiedy będzie gotowy, przystąpimy do pracy nad inscenizacją.
Ma Pan pewną unikatową cechę, którą posiada zaledwie kilku reżyserów teatralnych – potrafi Pan naprawdę odczytać tekst Levinowski. Wyczuwa Pan jego głębię, to mierzenie się z losem, z człowiekiem w kryzysie. To przecież istota twórczości Hanocha Levina, prawda?
Nie wiem, może to banalne, ale po prostu go lubię. Lubię jako człowieka – mimo że nigdy się nie spotkaliśmy. Czuję z nim jakąś ludzką więź, bliskość. Wiem, że to może brzmieć dziwnie – bo Hanoch Levin przecież nie żyje – ale ja mam wrażenie, że on cały czas jest obecny. I że nadal mówi do nas przez swoje sztuki. To zresztą coś, co w sztuce jest wyjątkowe: że można żyć dalej, nawet po śmierci, jeśli zostawiło się po sobie dzieło. A Levin żyje – na scenach, w słowach, w ludziach, którzy się z nim spotykają jako widzowie i twórcy.
I mam też takie poczucie, że coś z Levina wraca do mnie teraz, kiedy zaczynam powoli pracę nad „Mewą” Czechowa – spektaklem, który chciałbym wyreżyserować w sezonie 2026/2027. Nie podejmuję się reżyserii w najbliższym sezonie, ale „Mewa” to taki projekt, nad którym chcę pracować.
I kiedy czytam ten tekst, przygotowuję się do pracy, mam wrażenie, że świat Levina gdzieś tam w tle się odzywa. Może lepiej powiedzieć: Levin czerpał pełnymi garściami z Czechowa, ale też z Szekspira. I ta ich duchowa wspólnota działa w dwie strony – czuję, że „Mewa” jest Levinowska, a Levin był Czechowowski.
To będzie mój pierwszy Czechow. Nie robiłem go wcześniej, bo – tak szczerze – czułem się za młody, niedojrzały. Teraz mam 52 lata i myślę, że nadszedł moment. Czuję, że jestem gotowy. Że te moje wcześniejsze spotkania z Levinem przygotowały mnie do tej pracy.
A co do realizacji – rozmawiam już z aktorami. Wiem, że spotkam się z zespołem, który może udźwignąć ten dramat – Agata Kulesza, Łukasz Simlat, Grzegorz Damięcki, Krzysztof Tyniec, Dawid Ogrodnik. Jesteśmy na etapie wstępnych rozmów, ale to obsada, która – jestem o tym przekonany – potrafi zbudować prawdziwy świat Czechowa. Świat pełen ciszy, napięcia, ukrytego bólu – i delikatności.
Wspomniał Pan, że do niektórych tekstów trzeba dorosnąć. A przecież sam Pan kiedyś powoływał się na Erwina Axera jako swojego mistrza – który mówił, że żeby być naprawdę dobrym reżyserem teatralnym w Europie, trzeba znać historię teatru. Zgadza się Pan z tą tezą?
Zasadniczo – tak. Oczywiście bywają wyjątki, pojawia się talent znikąd, ktoś przychodzi i robi coś nieoczekiwanego. Znajomość przeszłości chroni przed śmiesznością – tak bym powiedział najprościej. W tym sensie w pełni zgadzam się z moim dyrektorem, kochanym Erwinem Axerem: wiedza o tym, co było przed nami, jest nie do przecenienia.
Zresztą podobnie jak aktor dojrzewa do ról – zaczyna od Hamleta, potem gra Makbeta, a kończy na królu Learze albo Prosperze – tak samo reżyser dojrzewa do pewnych tekstów. Niektóre dramaty niosą w sobie tak ciężki bagaż doświadczeń, że nie sposób ich w pełni pojąć, mając dwadzieścia parę lat. Trzeba czasu, obserwacji, czasem kilku ciosów od życia, by zrozumieć, o czym naprawdę mówi autor. Reżyser też jest człowiekiem – dojrzewa, zbiera doświadczenia, przeżywa emocje. I wszystko to wraca potem w pracy.
Aktorzy cenią bardziej tych reżyserów, którzy „ustawiają” ich od początku, czy tych, którzy dają im przestrzeń, pomagają „rozwinąć skrzydła”?
Z mojego doświadczenia – aktorzy cenią reżyserów, którzy im pomagają, a nie przeszkadzają. To jest chyba najważniejsze: żeby nie przeszkadzać. Mnie uczono, że reżyser jest jak akuszer – towarzyszy narodzinom postaci, a nie ją stwarza. Ja nie robię teatru autorskiego. Są twórcy, którzy tak pracują, i ja ich bardzo szanuję. Ale ja się chowam – za autorem, za aktorem. Pomagam jednemu i drugiemu: autorowi, by mógł wybrzmieć ze swoją myślą, i aktorowi – by mógł tę myśl najpełniej wyrazić. Mam wobec nich funkcję służebną. Tak to rozumiem. I właśnie tak rozumiał to także Axer.
Powróćmy do pańskiego „magicznego trójkąta” – autor–aktor–widz. Rozmawialiśmy już o autorach i aktorach. A co z widzem? Z jaką myślą chciałby Pan, by wychodził ze spektakli Teatru Ateneum?
Widz ma wyjść z myślą – i to już bardzo dużo. Jeśli po spektaklu coś w nim zostaje, jeśli się śmieje, rozmawia o tym z kimś, zastanawia się, co właściwie zobaczył – to znaczy, że teatr zadziałał. I to wystarczy. A może nawet: to właśnie jest wszystko.
A dokąd zmierza Teatr Ateneum?
W stronę jubileuszu – w 2028 roku teatr skończy 100 lat. Największym wyzwaniem są dziś kwestie lokalowe – teatr wymaga remontu. Rozmawiamy o tym z miastem i widzimy zrozumienie. Chcemy budować dalej – w godnych warunkach.
fot. Teatr Ateneum w Warszawie