Wspomnienie o Ewie Dałkowskiej
Wspomina Wiesław Kowalski
Z wielkim smutkiem przyjąłem wiadomość o śmierci Ewy Dałkowskiej – aktorki niezwykłej, głęboko oddanej swojej sztuce, nieustępliwej w poszukiwaniach, zawsze autentycznej. Miałem zaszczyt i przywilej spotkać się z Ewą na scenie Teatru Polskiego w Bydgoszczy, gdzie wspólnie występowaliśmy w „Makbecie” Szekspira w reżyserii Andrzeja Waldena. Tytułową rolę grał wówczas Zdzisław Wardejn, a Ewa wcielała się w Lady Makbet – rolę wymagającą nie tylko ogromnej siły emocjonalnej, ale też precyzji psychologicznej i technicznej.
Już wtedy urzekała mnie jej aktorska odwaga i skupienie. Była aktorką, która nie godziła się na powierzchowność. Podczas prób zawsze szukała głębiej – analizowała, podważała, sprawdzała różne możliwości, nigdy nie szła na skróty. Jej warsztat był imponujący: oparty na wyczuciu słowa, precyzyjnej intonacji, niezwykłym opanowaniu ciała i gestu. Potrafiła wejść w każdą rolę z taką intensywnością, że trudno było oderwać od niej wzrok – nawet wtedy, gdy milczała. Jej cisza często znaczyła więcej niż wiele słów.
Poza „Makbetem”, Ewa zagrała na scenie bydgoskiej jeszcze kilka ról w czasie dyrekcji Waldena – miałem okazję oglądać te przedstawienia z widowni i za każdym razem byłem pod wrażeniem jej konsekwencji i wszechstronności. Mimo że znałem ją już jako koleżankę ze sceny, nie przestawała mnie zaskakiwać: raz chłodna i zdystansowana, innym razem rozedrgana i liryczna – ale zawsze prawdziwa.
Wspólnie przygotowaliśmy też wywiad dla Bydgoskiego Informatora Kulturalnego. Ewa była rozmówczynią wymagającą – nie lubiła banałów, nie zadowalała się prostymi odpowiedziami. Traktowała rozmowę o teatrze równie poważnie jak samą pracę nad rolą. Mówiła z pasją, a jednocześnie z pokorą wobec sztuki. Miała świadomość ciężaru zawodu aktora i odpowiedzialności, jaka się z nim wiąże.
Śledziłem także jej późniejszą drogę artystyczną – spektakle w Teatrze Powszechnym w Warszawie, w TR Warszawa, w Teatrze Wybrzeże. W pamięci szczególnie zapadł mi jej występ w „Zmierzchu bogów” – był to pokaz mistrzostwa nie tylko technicznego, ale i emocjonalnego, balansowania między powściągliwością a ekspresją. Ewa potrafiła zawrzeć cały dramat postaci w jednym spojrzeniu, w zatrzymanym ruchu, w geście ledwie zarysowanym.
Widziałem ją również na scenie Nowego Teatru – w „(A)pollonii”, „Francuzach”, „Costello”, „Wyjeżdżamy”, „Opowieściach afrykańskich” – chyba we wszystkich spektaklach, jakie były tam grane, nie tylko w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Za każdym razem zachwycała swoją obecnością sceniczną – inną, świeżą, odważną. W „Uroczystości” w reżyserii Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa – była oszczędna, a zarazem porażająco prawdziwa. W „Tatuowanej róży” w Teatrze Powszechnym ukazała swoją niezwykłą wrażliwość i dojrzałość sceniczną. Pamiętam także jej rolę w „Tomaszu Mannie” w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, a także w „Zimnym żalu” w reżyserii Magdy Umer – to był spektakl intymny, refleksyjny, w którym Ewa znowu pokazała, jak znakomicie potrafi operować niedopowiedzeniem i emocją.
Jej odejście to ogromna strata – dla teatru, dla kultury, dla wszystkich, którzy mieli szczęście z nią pracować lub ją oglądać. Zawsze będę pamiętał Ewę jako artystkę bezkompromisową, pełną pasji i intelektualnej odwagi. Jej obecność na scenie była zawsze znacząca – nie musiała krzyczeć, by być słyszaną. Wystarczyło, że była.
fot. Nowy Teatr w Warszawie