Tożsamość w służbie idei
O spektaklu „Stella Walsh. Najszybsza osoba świata” Anny Mazurek w reż. Jana Jelińskiego z Teatru Polskiego w Bydgoszczy na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych pisze Wiesław Kowalski.
Spektakl Stella Walsh. Najszybsza osoba świata podejmuje temat interpłciowości w sporcie, odwołując się do biografii Stanisławy Walasiewiczówny – polskiej lekkoatletki znanej również jako Stella Walsh. Twórcy deklarują afirmatywną, empatyczną postawę wobec bohaterki, próbując wpisać jej historię w aktualny dyskurs równościowy. Jednak za tą deklaracją kryje się dramaturgia podporządkowana ideologicznemu przekazowi, w której biografia postaci zostaje zawężona do problemu tożsamości płciowej.
Formalnie spektakl prezentuje się solidnie. Oszczędna choreografia Wojciecha Grudzińskiego, sugestywna scenografia Doroty Nawrot i trafnie dobrane projekcje Adama Zduńczyka tworzą spójny język wizualny. Aktorstwo – powściągliwe i psychologicznie wiarygodne – broni wielu scen, które w warstwie tekstowej bywają chwilami przeładowane i schematyczne. Na uwagę zasługuje relacja matki i córki, zbudowana z wyczuciem i emocjonalną precyzją.
Problemem jest jednak sposób, w jaki spektakl traktuje postać Stelli. Choć mówi się o oddaniu jej głosu, w rzeczywistości zostaje ona sprowadzona do symbolu – przypadku interpłciowości, który ma ilustrować z góry założoną tezę. Złożoność jej życia, sportowych wyborów i tożsamości ginie niekiedy pod ciężarem publicystycznej narracji. Zamiast portretu osoby z krwi i kości dostajemy figurę podporządkowaną aktualnym agendom. Brakuje również pogłębionej refleksji nad kontekstem narodowym i historycznym. Już sam tytuł – wykorzystujący amerykańskie nazwisko – sugeruje wymazanie polskiej perspektywy. Biografia Walasiewiczówny zostaje ujęta w uproszczonym schemacie: Polska jako kraj opresji i patriarchatu, Ameryka – jako przestrzeń wyzwolenia. Taka opozycja spłaszcza złożoną rzeczywistość, ignorując choćby decyzję bohaterki o zrzeczeniu się obywatelstwa USA.
Zdarza się też, że dialogi pełnią głównie funkcję nośników tez, nie zaś autentycznych emocjonalnych napięć. Relacje z matką, siostrą czy partnerem opierają się na przewidywalnych kontrastach: represyjna rodzina kontra queerowa wspólnota, społeczna norma kontra tożsamościowa autonomia. Zamiast pogłębionej dramaturgii dostajemy dydaktyczne przykłady. Wszystko, co nie wspiera głównego przekazu, zostaje pominięte lub ukazane w karykaturalnym uproszczeniu.
W drugiej części spektakl porzuca teatralną ambiwalencję na rzecz otwartego dydaktyzmu. Pojawiają się materiały edukacyjne, a postać barona de Coubertina staje się nośnikiem patetycznych, mizoginistycznych fraz – pozbawionych dystansu czy ironii.
Spektakl porusza temat ważny i rzadko obecny na scenie, ale jego realizacja budzi pytania o granice reprezentacji i etyczne uwikłania mówienia „w imieniu”. Czy teatr, który deklaruje empatię, nie powinien przede wszystkim słuchać? W tej inscenizacji mówi się zbyt dużo – zbyt jednoznacznie i zbyt wyraźnie – a zbyt mało pozostaje przestrzeni dla subtelności, ciszy i niejednoznaczności. Życie Stelli Walsh wymyka się prostym kategoriom – i właśnie dlatego wymaga większego skupienia, a nie kolejnego ideologicznego megafonu.
fot. Monika Stolarska/Teatr Polski w Bydgoszczy