Z kroniki powszechnego zachwytu czyli sześć gwiazdek i buziak na każdy spektakl
fot. TdW
fot. TdW
W ostatnich latach z coraz większym zdumieniem obserwuję pewne zjawisko w świecie pisania o teatrze – zjawisko, które można by nazwać „słodką inflacją superlatyw”. Gdzie się nie spojrzy, tam spektakl „fenomenalny”, „przełomowy”, „do zapamiętania”. Rola „mistrzowska”, reżyseria „olśniewająca”, tekst „poruszający do głębi”. Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z wybitną realizacją, czy przeciętnym przedstawieniem w estetyce odgrzewanego pomysłu sprzed dekady – recenzje, komentarze, posty i wpisy brzmią niemal identycznie – pisze Wiesław Kowalski.
I nie chodzi mi tu wyłącznie o zawodową krytykę teatralną, choć i w niej nie brak „ostrożnych” pochwał. Problem dotyczy również – a może przede wszystkim – rosnącej grupy blogerów, instagramowych recenzentów, komentatorów-freelancerów, samozwańczych znawców, którzy z pasją, ale często bez warsztatu, wylewają w sieci kolejne potoki zachwytów. Teatr staje się dla nich rodzajem emocjonalnego selfie – pretekstem do autoprezentacji i kreowania własnego wizerunku jako osoby „kulturalnej, wrażliwej i zaangażowanej”.
Tylko gdzie w tym wszystkim miejsce na rzetelność, wiedzę, krytyczne spojrzenie? Czy rzeczywiście żyjemy w czasach, w których wybitne spektakle powstają niemal codziennie, a każda inscenizacja to olśniewająca wypowiedź artystyczna? Czy może mamy do czynienia z czymś innym – z deprecjacją krytyki, w której każdy może napisać wszystko, o ile jest to pochwała?
Warto na moment spojrzeć wstecz – choćby po to, by zrozumieć, jak bardzo zmieniła się rola krytyki teatralnej. Jeszcze kilka dekad temu recenzent był nie tylko obserwatorem, ale aktywnym uczestnikiem życia teatralnego. Teksty Bohdana Korzeniewskiego, Konstantego Puzyny, Marty Fik, Andrzeja Wanata czy Jerzego Koeniga były nie tylko opiniami, ale punktami odniesienia dla twórców, innych krytyków, widzów i instytucji. Ich recenzje były pisane z głębokim przygotowaniem merytorycznym i odwagą, której dziś często brakuje. Krytyk nie był „gościem od promocji” – był partnerem w dyskusji o sensie sztuki, czasem nawet jej sumieniem. Takie teksty potrafiły boleć. Ale ich siła polegała na tym, że zmuszały do myślenia, nie tylko do klikania.
Dziś, w czasach błyskawicznej komunikacji, zacierają się granice między recenzją a relacją z wydarzenia. Czasem wystarczy zdjęcie z foyer i trzy entuzjastyczne zdania, by uznać, że „została napisana recenzja”. Tymczasem prawdziwa krytyka to nie tylko subiektywna opinia – to również kontekst, wiedza, odpowiedzialność i umiejętność oddzielenia osobistego zachwytu od rzetelnej oceny.
Bo przecież wiadomo: zadowolony teatr to teatr, który zaprosi na kolejną premierę. A dział promocji chętnie podzieli się entuzjastycznym cytatem na plakacie czy w mediach społecznościowych. Dla piszących o teatrze – niezależnie od ich statusu zawodowego – to może być wygodna droga do budowania pozycji. Nikt nie chce być „tym, co się czepia” – lepiej zostać „tym, co wspiera”. Krytyczna uwaga może oznaczać koniec współpracy, brak zaproszenia, niepochlebną etykietkę. Pochwała – przeciwnie: otwiera drzwi.
Ale czy o to chodzi w pisaniu o teatrze? Czy rolą krytyki – tej zawodowej i tej oddolnej – jest wzmacnianie wizerunków, czy może raczej uczciwe, analityczne i refleksyjne podejście do sztuki scenicznej?
Bo teatr, w swojej istocie, jest przestrzenią ryzyka, niedoskonałości i poszukiwania. Nie każde poszukiwanie kończy się sukcesem. I nie ma w tym nic złego. Problem pojawia się wtedy, gdy o wszystkim mówi się tak samo dobrze – jakbyśmy zapomnieli, że wybitność to rzadkość, a nie codzienność.
A przecież nie mówimy tu o wyrokach – mówimy o opiniach. O odpowiedzialnych sądach formułowanych przez osoby, które mają doświadczenie, kontekst i świadomość, że sztuka wymaga krytycznego namysłu, nie tylko emocjonalnej reakcji. Jeśli każdy spektakl oceniany jest jako „konieczny do zobaczenia”, to jak widz ma odróżnić to, co wartościowe, od tego, co tylko dobrze wygląda w świetle rampy?
W świecie zdominowanym przez powierzchowne, promocyjne narracje, rzetelna krytyka teatralna powinna być jak latarnia – nie jak fajerwerk. Jej zadaniem nie jest olśnić na moment, lecz wskazać kierunek, pomóc zrozumieć, wyostrzyć spojrzenie widza. To dotyczy zarówno zawodowych recenzentów, jak i tych, którzy dopiero uczą się mówić o teatrze. Tyle że uczenie się zakłada również gotowość do zadania sobie podstawowego pytania: czy to, co piszę, naprawdę ma wartość dla kogoś poza mną samym?
Bo jeśli wszyscy będziemy zachwyceni wszystkim – to przestaniemy ufać komukolwiek.