Holmesi we Wrocławiu
O spektaklu „Sherlock Holmes vs Biały Diabeł” w reżyserii Macieja Masztalskiego w Teatrze Ad Spectatores we Wrocławiu pisze Jarosław Klebaniuk.
fot. Teatr Ad Spectatores
O spektaklu „Sherlock Holmes vs Biały Diabeł” w reżyserii Macieja Masztalskiego w Teatrze Ad Spectatores we Wrocławiu pisze Jarosław Klebaniuk.
fot. Teatr Ad Spectatores
O spektaklu „Sherlock Holmes vs Biały Diabeł” w reżyserii Macieja Masztalskiego w Teatrze Ad Spectatores we Wrocławiu pisze Jarosław Klebaniuk.
Ad Spectatores słynie z niestandardowych inscenizacji, w których nie odnajdą się widzowie ceniący siedzenie na jednym miejscu. Tym razem zaproszono nas na przejażdżkę tramwajem, a następnie na smakowanie klimatu Wrocławia sprzed I wojny światowej, w kontekstach zarówno nieoczywistych, jak i sensacyjnych. Miłośnicy absurdalnych zestawień, czarnego humoru i zabawy słowem poczuli się w domu, pozostali zaś wciąż mogli doświadczyć teatralnej intensywności, o którą nie zawsze łatwo, gdy sceniczna akcja toczy się na odległym planie, a granica między postaciami a odbiorcami jest aż nadto wyraźnie zaznaczona.
Najnowsza premiera trzeciego, obok Polskiego i Współczesnego, wrocławskiego teatru repertuarowego, z jednej strony wpisuje się w to, do czego przyzwyczaiła nas trupa Masztalskiego, z drugiej zaś jednak nieco zaskakuje. Dostajemy przede wszystkim sensacyjną historię w wersji specyficznie komediowej, do czego przyzwyczaiły nas takie przedstawienia jak „Pieniądze są w…” czy „Syndrom sztokholmski”. Przemieszczanie się po mieście znamy już choćby ze słynnej „9 – rekonstrukcji”. Z drugiej strony jednak zaproponowane tym razem widowisko różni się od pozostałych rozmachem wynikającym z jednoczesnego dziania się aż w pięciu różnych akcjach scenicznych, a licząc z – dosyć minimalistyczną – muzyką na żywo, nawet sześciu. Realizacja pomysłu, aby podzielić widzów na grupy, umożliwiła osiągnięcie efektu, który od początku istnienia był na sztandarach Ad Spectatores – maksymalnego wyjścia „do widzów” (to zawarte jest w nazwie teatru) i zniesienia bariery między sceną a widownią. Warto odnotować, że to udało się znakomicie.
Rozgrywanie akcji bez pudełkowej – a w większości przypadków jakiejkolwiek inaczej ograniczonej – sceny to jedno. Zorganizowanie całego procesu tak, aby „ruch widowni” przebiegał sprawnie i bezpiecznie, wydaje się odrębnym i trudniejszym wyzwaniem. Nie wiem, jak zostało to podjęte, bo jeden inspicjent raczej by mu nie podołał, a wielu mogłoby mieć kłopoty z koordynacją. W czasie premiery, z perspektywy widza, wyglądało to jednak „bezszwowo”. Nawiasem mówiąc, jak na tak mały teatr, mnogość równoległych miejsc akcji i towarzyszących im scenografii sprawiła, że nie tylko logistycznie, lecz i pod innymi względami najnowsza produkcja Ad Spectatores wyglądała na znaczną.
Od strony treściowej „Sherlock Holmes vs Biały Diabeł” można określić jako pięć scen, których spoiwem była krwawa historia kryminalna opowiedziana przez słuchawki w drodze z przystanku Opera (ścisłe centrum Wrocławia) do Browaru Mieszczańskiego (siedziba Teatru). Przeniosła nas ona w czasie do roku 1913, gdy w Breslau zorganizowano wystawę światową. Zdwojenie dwóch głównych bohaterów powieści i opowiadań Conan Doyle’a sprawiło, że mieliśmy do czynienia z ich nieoczywistymi inkarnacjami (seryjny, czy raczej zbiorowy, morderca H. H. Holmes, burdelmama Carrie Watson), zaś wprowadzenie innych postaci tamtych czasów: śpiewaczki z Opery Warszawskiej czy właściciela rzeźni wyniesionego do rangi miejskiego kata, ułatwiało stworzenie klimatu łączącego zażyłości wśród kulturalnych i biznesowych elit z niebezpieczeństwami płynącymi ze strony psychopatycznych morderców.
Wykreowane postaci były wyraziste, miejscami nawet – zapewne dla efektu komicznego – pociągnięte zbyt grubą kreską, a aktorzy dobrze sobie z nimi poradzili. Nie stroniąca od wulgaryzmów miłośniczka sekcji zwłok i aktywistka ruchu na rzecz swobodnego ich przepływu, czy też przekręcająca słowa („Nie dałam się sprokurować”, „Wyglądasz żarłocznie”, „Skonsternowałam drożdżówkę” itd.) przedstawicielka kultury wysokiej – to tylko niektóre z nich. W premierowej odsłonie przyjemnie było zobaczyć dobrze dysponowanych na scenie członków zespołu Ad Spectatores, m. in. Aleksandrę Dytko, Marcina Chabowskiego czy Jakuba Giela.
W drodze do domu oboje z Elą zgodnie wskazaliśmy dwie najlepsze sceny: tę, w której współpracę nawiązali hotelarz-psychopatyczny zabójca i właściciel rzeźni-kat, oraz film z udziałem postaci z innych fragmentów spektaklu. Ta pierwsza zasadzała się na ekstremalnym skróceniu dystansu między aktorem a widzem. Można było (niemal?) poczuć palce mordercy lub ostrze jego noża, zobaczyć dziurkę, przez którą popłynie gaz, lub dowiedzieć się (z imienia i nazwiska), że było się pierwszą ofiarą (i odetchnąć z ulgą, że to nie stało się naprawdę). Film zaś, literacko najbardziej wysublimowany, dowcipny i świetnie zmontowany, pozwalał popatrzeć na całość z pewnym dystansem. Grający autora (tego od oryginalnego tekstu, nie siebie) Maciej Masztalski wielokrotnie zapewnił o fikcyjności postaci, tych samych, które jeszcze przed chwilą, a i po chwili, tak bardzo jawiły się niefikcyjnie. Zdjęcia – częściowo lub całkowicie spreparowane – udające te z początku XX wieku uzupełniały ten teatralno-filmowy majstersztyk.
Jak zwykle też, w drodze do domu, tym razem już po 22-ej, trochę z Elą ponarzekaliśmy. Przejażdżka tramwajem wydała nam się nie do końca wykorzystaną okazją do wprowadzenia w realia i atmosferę panującą w naszym mieście przed wybuchem Wielkiej Wojny. Słuchawki umożliwiły wysłuchanie wprowadzającej historii, ale równie dobrze sprawdziłyby się w dwuwagonowym tramwaju, gdyby coś więcej się w nim działo. Ela widziałaby tam jakiegoś zagubionego pasażera odnoszącego się do wydarzeń z 1913 roku, na przykład udającego się na wystawę światową, czy gazeciarza oferującego choćby jedną stronę z wiadomościami z tamtych dni. Ja zadowoliłbym się konduktorem w stroju z epoki. Zapewne jeszcze bardziej zwiększyłoby to rozmach przedsięwzięcia, ale i samo wynajęcie tramwaju wydało nam się dość zamaszyste, aby takie uzupełnienie uzasadnić.
Wziąwszy wszystko pod uwagę, mogę z przekonaniem napisać, że „Sherlock Holmes vs Biały Diabeł” to udane przedstawienie i ma szansę na długo zagościć w repertuarze Ad Spectatores. Jedyne ograniczenia w jego dystrybucji dotyczyć mogą cierpliwości MPK. Od potencjalnych widzów zaś należy oczekiwać, że podróż środkami komunikacji miejskiej oraz przemieszczanie się wąskimi korytarzami siedziby Ad Spectatores nie będą im straszne, podobnie jak język bogaty, różnorodny, w tym także dosadny. Cała reszta stanowi dla inteligentnego odbiorcy okazję do dobrej zabawy, z odrobiną teatralnego przegięcia.
Jarosław Klebaniuk – Instytut Psychologii, Uniwersytet Wrocławski