„Rodzeństwo”. Trzydzieści lat w tym samym domu

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

„Rodzeństwo”. Trzydzieści lat w tym samym domu

W rocznicę „Rodzeństwa” Thomasa Bernharda w reżyserii Krystiana Lupy Narodowy Stary Teatr zaplanował pokazy legendarnego przedstawienia.

Opublikowano: 2026-10-20
fot. Marek Gardulski / Narodowy Teatr Stary w Krakowie

Trzydzieści lat później Agnieszka Mandat, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Piotr Skiba wciąż spotykają się przy tym samym stole. Przez te lata zmienił się polski teatr, zmienił się sam Lupa, zmienili się również aktorzy. Przedstawienie przetrwało kolejne dyrekcje, teatralne mody i pokoleniowe przewartościowania. Dzisiaj jego historia pozwala przyjrzeć się także temu, co czas robi z teatrem i ludźmi, którzy poświęcili mu znaczną część swojego życia.

Trzydzieści lat później

W październiku 1996 roku Agnieszka Mandat, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Piotr Skiba po raz pierwszy zasiedli przy stole w mieszczańskim domu rodzeństwa Ritter, Dene i Vossa. Ich bohaterowie mieli za sobą trudne dzieciństwo, wieloletnie konflikty i doświadczenie rodzinnej bliskości, która dawno przestała przynosić ukojenie. Każde z nich nosiło własną wersję przeszłości, pretensje i wyobrażenia o pozostałych. Wspólny obiad stawał się okazją do kolejnego rozliczenia, choć wszyscy wiedzieli, że niczego już rozstrzygnąć się nie da.

Trzydzieści lat później sytuacja sceniczna pozostaje zasadniczo taka sama. Ten sam dom, te same meble, rodzinne portrety, stół i rytuały. Przy stole siedzą jednak ludzie, którzy przeżyli od premiery niemal połowę dorosłego życia. Wraz z nimi starzały się postaci Bernharda. Wypowiadane przez nie słowa nabierały innych znaczeń, zmieniała się temperatura wzajemnych pretensji, inaczej brzmiały wspomnienia o rodzicach i niespełnionych ambicjach.

W historii polskiego teatru trudno znaleźć wiele podobnych przypadków. Przedstawienia żyją zazwyczaj kilka sezonów. Zmieniają się obsady, odchodzą aktorzy, repertuar ustępuje miejsca kolejnym premierom. Nawet spektakle uznawane za wybitne pozostają z czasem we wspomnieniach widzów, fotografiach, zapisach krytycznych i archiwach. Tymczasem „Rodzeństwo” zachowało sceniczną ciągłość, pozwalając kolejnym pokoleniom publiczności oglądać tych samych wykonawców w rolach, które stworzyli przed trzydziestu laty.

W maju 2003 roku przedstawienie zostało wznowione, a 22 czerwca 2024 roku w Narodowym Starym Teatrze odbył się jego dwusetny pokaz. W październiku 2026 roku przypada trzydziesta rocznica premiery. Jubileuszowe prezentacje zaplanowano na 29, 30 i 31 października. To wystarczająco długi okres, by przyjrzeć się dziełu Lupy z perspektywy historii polskiego teatru, a zarazem zastanowić się nad niezwykłą trwałością relacji między aktorami a ich bohaterami.

Bernhard i jego rodzina

Thomas Bernhard napisał „Ritter, Dene, Voss” w 1984 roku. Tytuł utworzył z nazwisk trojga aktorów, dla których przeznaczył role: Ilse Ritter, Kirsten Dene i Gerta Vossa. To wiele mówi o jego stosunku do teatru. Dramat został pomyślany z myślą o konkretnych wykonawcach, ich osobowościach i możliwościach scenicznych.

Bohaterowie należą do zamożnej wiedeńskiej rodziny. Mają zapewniony materialny byt, odziedziczony dom i pozycję społeczną. Starsza siostra Dene opiekuje się bratem Ludwikiem, filozofem przebywającym w szpitalu psychiatrycznym. Młodsza Ritter zachowuje wobec rodzinnych obowiązków większy dystans, chociaż sama pozostaje równie mocno uwikłana w domowe zależności. Obie zajmują się aktorstwem. Ludwik pracuje nad traktatem filozoficznym, a jego obsesje i intelektualne ambicje przywołują postać Ludwiga Wittgensteina.

Przyjazd brata uruchamia dobrze znany wszystkim mechanizm. Dene przygotowuje obiad, troszczy się o jego zdrowie, próbuje zapewnić mu odpowiednie warunki. Ludwik reaguje rozdrażnieniem i agresją. Ritter obserwuje ich z mieszaniną ironii, znużenia i rezygnacji. Każdy gest przywołuje wcześniejsze doświadczenia. Najdrobniejsze zdarzenie może wywołać awanturę, ponieważ w tym domu wszystko ma swoją historię.

Bernhard z niezwykłą konsekwencją opisuje rodzinę, w której miłość została podporządkowana potrzebie posiadania drugiego człowieka. Dene potrzebuje brata, ponieważ opieka nad nim nadaje sens jej egzystencji. Ludwik potrzebuje sióstr, choć jednocześnie gardzi światem, który reprezentują. Ritter, pozornie najbardziej niezależna, również pozostaje częścią tego układu. Wszyscy troje doskonale znają swoje słabości i potrafią wykorzystywać je przeciwko sobie.

W dramacie powraca charakterystyczna dla Bernharda obsesja dziedziczenia. Człowiek otrzymuje po przodkach majątek, pozycję społeczną, język i określony sposób myślenia. Dziedziczy także lęki, uprzedzenia, przemoc i wyobrażenia o własnej wartości. Dom rodzinny przechowuje tę przeszłość z zadziwiającą skutecznością.

Właśnie dlatego tak istotne są wiszące na ścianach portrety. Zmarli rodzice nadal uczestniczą w życiu rodzeństwa. Wspomnienia powracają w rozmowach, a rodzinne hierarchie okazują się trwalsze niż śmierć tych, którzy je ustanowili.

Bożena Winnicka, pisząc o przedstawieniu w 1996 roku, zwróciła uwagę na szczególny rodzaj uczucia łączącego bohaterów, określany niemieckim słowem Hassliebe, oznaczającym miłość i nienawiść przeżywane jednocześnie. To trafne rozpoznanie Bernhardowskiego świata. Rodzeństwo potrzebuje siebie nawzajem, choć każde spotkanie przynosi kolejne upokorzenia. Wzajemna zależność pozwala im podtrzymywać wyobrażenie o rodzinie, która mimo wszystko pozostaje jedynym trwałym elementem ich życia.

Bernhard doskonale rozumiał okrucieństwo rodzinnych rytuałów. Wiedział również, jak wiele przemocy można ukryć pod pozorami troski, dobrego wychowania i przywiązania. W jego dramacie nawet najzwyklejszy obiad zamienia się w bolesne doświadczenie wspólnego życia, z którego żaden z uczestników nie potrafi zrezygnować.

Lupa i Bernhard

Kiedy Krystian Lupa przygotowywał „Rodzeństwo”, miał już za sobą doświadczenia, które ukształtowały jego pozycję w polskim teatrze. Zrealizował między innymi „Braci Karamazow” Dostojewskiego, „Lunatyków” Hermanna Brocha, „Kalkwerk” i „Immanuela Kanta” Bernharda. Interesowała go literatura pozwalająca badać skomplikowane stany psychiczne, obsesje, procesy rozpadu osobowości oraz granice ludzkiego poznania.

Spotkanie z Bernhardem miało dla niego szczególne znaczenie. W jednej z rozmów Lupa przyznał, że dzięki temu pisarzowi ostatecznie dowiedział się, kim jest. Trudno o bardziej osobiste wyznanie reżysera na temat autora, którego twórczość przez lata zajmowała ważne miejsce w jego teatrze.

W „Kalkwerku” Lupa badał obsesję człowieka próbującego stworzyć dzieło absolutne. W „Rodzeństwie” podobna niemożność spełnienia zostaje umieszczona w rodzinnym salonie. Ludwik Voss marzy o napisaniu traktatu logicznego, ale jego myślenie pozostaje uwięzione w sprzecznościach, których sam nie potrafi przezwyciężyć. Pragnie intelektualnej niezależności, a jednocześnie nieustannie powraca do rodzinnego domu.

Bernhardowska bezwzględność spotkała się tutaj z charakterystyczną dla Krystiana Lupy cierpliwością wobec ludzkich słabości. Reżyser pozwala swoim bohaterom mówić, powtarzać te same myśli, wracać do pozornie błahych zdarzeń. Daje im czas, którego w codziennym życiu często odmawiamy innym ludziom.

W teatrze Lupy milczenie bywa równie znaczące jak słowo. Zawieszenie rozmowy, spojrzenie czy nieporadny gest  potrafią odsłonić więcej niż rozbudowany monolog. Widz stopniowo zaczyna rozpoznawać mechanizmy rządzące bohaterami. 

Scenografia zaprojektowana przez reżysera odgrywa w tym przedstawieniu szczególną rolę. Mieszczański pokój wypełniają przedmioty, których obecność przywołuje historię rodziny. Meble, portrety, porcelana i drobiazgi codziennego użytku tworzą materialny zapis przeszłości. Wszystko znajduje się na swoim miejscu, jakby porządek rzeczy mógł zapewnić domownikom poczucie bezpieczeństwa. Każda kolejna rozmowa ujawnia jednak kruchość tego porządku.

Lupa zamyka bohaterów w przestrzeni, którą znają od dzieciństwa. Ich życie upływa na powtarzaniu zachowań wyuczonych przed laty. Nawet bunt Ludwika okazuje się częścią rodzinnego rytuału. Siostry przewidują jego wybuchy, on doskonale zna ich reakcje. Każde z rodzeństwa ma przypisaną rolę, z której trudno się wyzwolić.

W przedstawieniu pojawia się również charakterystyczna czerwona lina, oddzielająca przestrzeń bohaterów od otaczającego świata. Ten prosty element scenografii wyznacza granicę, której rodzeństwo nie potrafi przekroczyć. Za nią istnieje rzeczywistość, w której ludzie podejmują decyzje, zmieniają swoje życie, zrywają związki i budują nowe relacje. Ritter, Dene i Voss pozostają w domu, gdzie przeszłość nieustannie powraca, a każde spotkanie kończy się kolejnym potwierdzeniem wzajemnej zależności. Muzyka Jacka Ostaszewskiego dopełnia ten świat, pozostawiając wiele miejsca ciszy i naturalnym dźwiękom codzienności.

W pierwszych recenzjach zwracano uwagę na szczególną powolność przedstawienia. Tadeusz Kornaś pisał o dramacie rozgrywającym się między bohaterami, którego wypowiadane słowa i wykonywane gesty stanowią jedynie zewnętrzną warstwę. Ewa Obrębowska-Piasecka dostrzegała w dialogach coś z Czechowowskiej codzienności, ich pozorną przypadkowość i niespieszny rytm.

Te obserwacje pozwalają lepiej zrozumieć metodę Lupy. Reżyser konsekwentnie buduje napięcie poprzez powtórzenia i stopniowe odsłanianie relacji. Bohaterowie wracają do tych samych tematów, ponieważ od lat próbują rozwiązać problemy, których rozwiązania nie potrafią zaakceptować.

Aktorzy i czas

Najbardziej niezwykły wymiar historii „Rodzeństwa” wiąże się jednak z aktorami.

Agnieszka Mandat, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Piotr Skiba przez trzydzieści lat powracają do postaci, które poznali w zupełnie innym momencie własnego życia. W 1996 roku ich bohaterowie byli ludźmi obciążonymi przeszłością. Dzisiaj aktorzy mają za sobą kolejne trzy dekady doświadczeń, które w naturalny sposób wpływają na ich sceniczną obecność.

Teatr posiada szczególną właściwość. Aktor może przez wiele lat grać tę samą rolę, lecz za każdym razem wnosi do niej aktualny stan emocji. Zmienia się ciało, głos, sposób poruszania, emocjonalna pamięć. Zmienia się również stosunek do spraw, które kiedyś wydawały się najważniejsze.

W przypadku „Rodzeństwa” proces ten ma wyjątkową intensywność. Przedstawienie dotyczy ludzi uwięzionych we wspomnieniach, przywiązanych do przeszłości i niezdolnych do uwolnienia się od dawnych urazów. 

Już w 2011 roku Łukasz Maciejewski, wracając do przedstawienia po latach, zwracał uwagę na przemianę Piotra Skiby. Zapamiętany z wcześniejszych pokazów Ludwik miał w sobie coś z kapryśnego, złośliwego chłopca. Po latach stał się człowiekiem zmęczonym, przedwcześnie postarzałym, coraz silniej obciążonym własną egzystencją.

Maciejewski powrócił do „Rodzeństwa” także w 2024 roku, publikując tekst „Słyszycie deszcz”. Zwrócił w nim uwagę na zmianę znaczenia sceny odwracania rodzinnych portretów. Dawniej widział w tym geście przede wszystkim bunt Ludwika, po latach dostrzegł rozpacz i bezradność człowieka, który próbuje uwolnić się od przeszłości, choć doskonale wie, że jego wysiłek pozostanie bezskuteczny.

To cenna obserwacja. Pokazuje, że wieloletnie życie przedstawienia może prowadzić do przesunięcia akcentów interpretacyjnych bez zasadniczej ingerencji w jego konstrukcję. Gest pozostaje ten sam, lecz zmienia się człowiek, który go wykonuje, i widz, który próbuje go zrozumieć.

Ludwik pozostaje filozofem, człowiekiem o wybitnym intelekcie, a zarazem osobą bezradną wobec najbardziej elementarnych relacji międzyludzkich. W młodszym wykonawcy jego zachowania mogły budzić skojarzenia z niedojrzałością, buntem i kaprysem. Wraz z upływem lat coraz wyraźniej ujawnia się w nich dramat człowieka, który znaczną część życia poświęcił próbie zrozumienia świata, a nadal pozostaje bezsilny wobec samego siebie.

Podobnie zmienia się znaczenie postaci Dene. Agnieszka Mandat stworzyła bohaterkę, której egzystencja została podporządkowana opiece nad bratem. Dene organizuje dom, przygotowuje posiłki, kontroluje codzienne rytuały. Jej troska bywa uprzykrzająca, chwilami agresywna. W zachowaniu starszej siostry można dostrzec zarówno autentyczne przywiązanie, jak i potrzebę kontroli.

Z upływem lat historia tej kobiety nabiera dodatkowego ciężaru. Coraz wyraźniejsze staje się pytanie o cenę życia podporządkowanego drugiemu człowiekowi. Dene przez lata poświęcała własne potrzeby, pielęgnując przekonanie o konieczności opieki nad bratem. W zamian otrzymywała jego niechęć, wybuchy złości i upokorzenia. Mimo to pozostawała wierna raz przyjętej roli.

Maciejewski uznawał kreację Agnieszki Mandat za jedno z najważniejszych osiągnięć aktorki. W jej Dene dostrzegał szczególne połączenie bezwzględnego podporządkowania codziennym obowiązkom z głęboko skrywanym cierpieniem. Bohaterka próbuje zachować kontrolę nad domem, ponieważ każda oznaka nieporządku przypomina jej o bezradności wobec własnego życia.

Ritter, grana przez Małgorzatę Hajewską-Krzysztofik, zajmuje w tej rodzinnej konfiguracji miejsce szczególne. Jej ironia i dystans pozwalają odsłaniać absurd sytuacji, w których uczestniczy rodzeństwo. Ritter potrafi rozpoznać mechanizmy rządzące domem, ale świadomość ich istnienia niewiele zmienia w jej własnym życiu.

Hajewska-Krzysztofik należy do aktorek obdarzonych wyjątkową umiejętnością budowania napięcia za pomocą pozornie nieznacznych środków. Jej gra opiera się na uważnej obserwacji partnerów i zdolności ujawniania emocji ukrytych pod powierzchnią wypowiadanych słów.

W „Rodzeństwie” szczególnie ważne staje się to, co zachodzi pomiędzy aktorami. Ich wzajemna znajomość, wypracowana podczas setek prób i przedstawień, tworzy rodzaj scenicznej pamięci. Znają siebie, potrafią reagować na najdrobniejsze zmiany. 

Krytyk Tomasz Domagała, opisując przedstawienie obejrzane podczas festiwalu Boska Komedia w 2021 roku, przywołał drobny incydent, kiedy Piotr Skiba strącił łyżkę trzymaną przez Agnieszkę Mandat. Z pozoru niewielkie zdarzenie pozwoliło krytykowi dostrzec niezwykłą jakość aktorskiego porozumienia. Reakcja partnerów została włączona w przebieg sceny, a przedstawienie zachowało swój rytm.

Domagała zwrócił również uwagę na szczególną relację między dramatem Bernharda a sceniczną konstrukcją Lupy. Reżyser wykorzystał zapisane w tekście sytuacje i didaskalia, pozwalając aktorom rozwijać relacje w ramach starannie zbudowanego świata. 

Wielokrotne powracanie do tych samych scen daje aktorom możliwość coraz głębszego rozumienia własnych postaci. Po trzydziestu latach ich wzajemna znajomość wykracza daleko poza doświadczenie wspólnych prób. Obejmuje całe dekady zawodowego życia, kolejne przedstawienia, osobiste doświadczenia i przemiany, którym podlega każdy człowiek.

Właśnie dlatego „Rodzeństwo” zajmuje tak szczególne miejsce w historii aktorstwa. Możemy obserwować artystów, którzy przez znaczną część zawodowego życia rozwijali jedną sceniczną relację. Ich bohaterowie pozostali razem, chociaż świat poza teatrem zmieniał się nieustannie.

Rodzinne piekło

W rozmowach o „Rodzeństwie” powraca problem przemocy ukrytej w rodzinnych zależnościach. Jacek Cieślak, pisząc o przedstawieniu, zwracał uwagę na dramat człowieka próbującego wyzwolić się z więzów krwi, które zamiast dawać oparcie, stają się źródłem zniewolenia.

W rodzinnym domu rodzeństwa każdy zna swoją pozycję. Dene jest opiekunką, Ludwik chorym geniuszem, Ritter ironiczną obserwatorką. Role zostały rozdzielone dawno temu i wszyscy nauczyli się w nich funkcjonować. Próba zmiany układu wywołuje opór pozostałych.

Dene potrzebuje Ludwika jako człowieka wymagającego opieki. Jego samodzielność oznaczałaby utratę sensu jej własnego życia. Ludwik buntuje się przeciwko siostrzanej kontroli, lecz zarazem wykorzystuje swoją chorobę i intelektualną przewagę, by podporządkowywać sobie otoczenie. Ritter przyjmuje pozycję osoby świadomej rodzinnego absurdu, ale jej ironia okazuje się sposobem uczestnictwa w tym samym mechanizmie.

Bernhard pokazuje, jak łatwo przywiązanie może przerodzić się w przemoc. Wystarczy przekonanie, że wiemy lepiej, czego potrzebuje drugi człowiek. Troska staje się wówczas narzędziem kontroli, a poczucie obowiązku usprawiedliwia najbardziej dotkliwe ingerencje w cudze życie.

W dramacie szczególnie przejmująca jest niemożność opuszczenia rodzinnego świata. Bohaterowie mają pieniądze, mogą podróżować, prowadzić niezależne życie. Żadne z nich nie potrafi jednak zerwać więzi, które określają ich tożsamość.

Rodzina daje im język, którym opisują siebie i innych. Pozwala uzasadniać własne porażki, podtrzymywać pretensje i pielęgnować wspomnienia. Bez niej musieliby odpowiedzieć na pytanie, kim właściwie są.

Ludwik podejmuje rozpaczliwe próby odrzucenia przeszłości. Jego gesty bywają gwałtowne, czasem groteskowe. W jednej z najbardziej znaczących scen odwraca rodzinne portrety. Próbuje symbolicznie pozbawić przodków władzy nad własnym życiem.

Ten gest ma jednak w sobie coś beznadziejnego. Portrety można odwrócić, zdjąć ze ścian, a nawet zniszczyć. Znacznie trudniej uwolnić się od sposobu myślenia, który przez lata kształtował człowieka.

Bernhard pozostawia swoich bohaterów z tą świadomością. Ich codzienność będzie trwała dalej. Po kolejnej awanturze przyjdzie następny dzień, następny posiłek i kolejna rozmowa, podczas której powrócą te same pretensje.

W jednej z dawnych recenzji Renata Sas pisała o przedstawieniu jako o przejmującej konstrukcji dramaturgicznej, w której żaden z bohaterów nie ma szans na szczęście. Ta obserwacja dobrze oddaje bezwzględność Bernhardowskiej wizji. Rodzeństwo posiada wszystko, co mogłoby zapewnić mu wygodne życie, a mimo to każde spotkanie prowadzi do kolejnego upokorzenia.

Michał Lenarciński, recenzując przedstawienie w 2004 roku, określił jego estetykę mianem realizmu metafizycznego. To interesujące rozpoznanie, ponieważ pozwala dostrzec, jak szczegółowo odtworzona codzienność zostaje podporządkowana pytaniom o ludzką egzystencję. Przygotowywanie posiłku, rozmowa przy stole czy porządkowanie rodzinnych pamiątek odsłaniają doświadczenia, których bohaterowie nie potrafią nazwać wprost.

W tym świecie nawet najzwyklejszy przedmiot może stać się świadkiem kolejnej awantury. Stół, przy którym rodzeństwo spotyka się od lat, przechowuje pamięć wspólnych posiłków, pretensji i pojednań. Każde następne spotkanie dopisuje do tej historii kolejną warstwę.

Przedstawienie, które przetrwało kolejne dyrekcje

Historia „Rodzeństwa” skłania również do zastanowienia się nad sposobem, w jaki polskie teatry traktują własny dorobek.

Przedstawienia, nawet najwybitniejsze, znikają z repertuaru z powodów organizacyjnych, finansowych i personalnych. Zmiana dyrektora często oznacza radykalną przebudowę programu artystycznego. Spektakle poprzedników bywają zdejmowane, ponieważ nowa dyrekcja chce zaznaczyć własną obecność i określić odmienny kierunek działania instytucji.

W rezultacie historia teatru zapisywana jest przede wszystkim w dokumentacji. Kolejne pokolenia widzów poznają legendarne przedstawienia z opisów, fotografii i relacji świadków.

Tymczasem teatr posiada możliwość przechowywania własnej historii również poprzez żywe wykonanie.

„Rodzeństwo” pokazuje, jak wiele może przynieść konsekwentne utrzymywanie wartościowego przedstawienia w repertuarze. Pozwala kolejnym pokoleniom publiczności spotkać się z dziełem, które powstało w odmiennych warunkach artystycznych i społecznych. Umożliwia także obserwowanie przemian aktorstwa oraz sposobu, w jaki zmienia się odbiór tego samego materiału dramatycznego.

Trzydziestoletnia obecność na afiszu sama w sobie nie przesądza o wartości przedstawienia. Teatr żyje dzięki spotkaniu aktorów i widzów, a jego artystyczna siła wymaga każdorazowego potwierdzenia. W przypadku „Rodzeństwa” kolejne powroty krytyków pokazują jednak, że spektakl potrafił zachować zdolność wywoływania nowych interpretacji.

Łukasz Maciejewski po latach dostrzegał w nim dojrzałość, której wcześniej nie doceniał. Tomasz Domagała zwracał uwagę na konstrukcję dramaturgiczną oraz znaczenie aktorstwa, pozwalającego odsłonić kolejne warstwy Bernhardowskiego tekstu. Wcześniej Bożena Winnicka, Tadeusz Kornaś i inni recenzenci opisywali przedstawienie jako doświadczenie szczególnej intensywności, w którym pozornie zwyczajne sytuacje rodzinne prowadzą do ujawnienia skrajnych stanów emocjonalnych.

Warto przy tym pamiętać, że przedstawienie powstało w okresie, gdy polski teatr znajdował się u progu istotnych przemian. W kolejnych latach zmienił się język sceniczny, pojawiły się nowe pokolenia reżyserów, a teatr coraz częściej podejmował bezpośrednią rozmowę o współczesnych konfliktach społecznych i politycznych.

Lupa również podążał własną drogą. Jego późniejsze realizacje, w tym „Wymazywanie”, „Factory 2” czy „Persona. Marilyn”, rozwijały sposoby pracy z aktorem, literaturą i scenicznym czasem. 

Na tym tle „Rodzeństwo” pozwala wrócić do jednego z najważniejszych okresów jego twórczości. Przypomina teatr oparty na długotrwałej pracy nad postacią, cierpliwym badaniu psychiki i szczególnym porozumieniu między reżyserem a aktorami.

Dzisiaj, kiedy repertuary zmieniają się szybko, a premiery często znikają po kilkunastu lub kilkudziesięciu pokazach, historia tego przedstawienia nabiera dodatkowego znaczenia.

Pozwala również postawić pytanie o odpowiedzialność instytucji teatralnych za własną przeszłość. Zachowanie wybitnego przedstawienia wymaga konsekwencji, wysiłku i przekonania, że dorobek artystyczny poprzednich lat pozostaje ważną częścią współczesnego repertuaru.

Narodowy Stary Teatr, utrzymując „Rodzeństwo” przez trzy dekady, stworzył możliwość, której większość polskich scen swoich widzów pozbawia.

Co pozostało z tamtego teatru?

Trzydzieści lat to wystarczająco dużo, by zmienił się sposób patrzenia na artystę i jego dzieło. Krystian Lupa w 1996 roku znajdował się w innym momencie kariery niż dzisiaj. Jego teatr był już rozpoznawalny, miał oddanych zwolenników i krytyków, a jego przedstawienia zajmowały ważne miejsce w polskim życiu teatralnym.

Przez następne dekady pozycja reżysera rosła. Jego spektakle zdobywały międzynarodowe uznanie, a kolejne realizacje wywoływały dyskusje dotyczące zarówno ich wartości artystycznej, jak i metod pracy.

Z perspektywy trzydziestu lat szczególnego znaczenia nabiera również współautorstwo aktorów. To oni przez kolejne dekady utrzymywali przedstawienie przy życiu. Ich obecność, zawodowa dyscyplina i gotowość do ponawiania spotkania z Bernhardowskimi bohaterami pozwoliły zachować ciągłość dzieła.

Historia „Rodzeństwa” jest więc także historią trójki artystów, którzy związali znaczną część życia z jednym przedstawieniem.

Współczesny teatr coraz częściej posługuje się pojęciami procesu, eksperymentu i poszukiwania. Tymczasem wieloletnie granie tej samej roli również może być procesem twórczym, wymagającym nieustannej uważności.

Aktor, który wraca do postaci po dziesięciu, dwudziestu czy trzydziestu latach, musi skonfrontować ją z własnym doświadczeniem. Zmieniają się jego możliwości fizyczne, emocjonalna wrażliwość i sposób rozumienia relacji międzyludzkich. Postać może odsłaniać znaczenia, których wcześniej wykonawca nawet nie przeczuwał.

W „Rodzeństwie” ta przemiana jest szczególnie poruszająca, ponieważ dotyczy bohaterów obsesyjnie przywiązanych do przeszłości.

Przez trzydzieści lat Ritter, Dene i Voss powtarzali te same rodzinne rytuały. Ich życie sceniczne zostało zamknięte w kilku godzinach wspólnego spotkania. Tymczasem poza teatrem upływały kolejne lata, zmieniały się biografie aktorów, odchodzili ludzie, pojawiały się nowe doświadczenia. Dzisiaj każdy powrót do tego domu zawiera w sobie pamięć wszystkich poprzednich spotkań.

Ostatni obiad…

W jednym z wywiadów Krystian Lupa mówił o kłamstwach, którymi ludzie karmią się w rodzinie, oraz o poszukiwaniu prawdy w teatrze. 

Bernhardowscy bohaterowie przez całe życie próbują przekonać siebie i innych do własnej wersji wydarzeń. Każde z nich ma inną pamięć dzieciństwa, inaczej ocenia rodziców i inaczej rozumie obowiązki wynikające z rodzinnych więzi. Ich rozmowy przypominają niekończący się proces, podczas którego wszyscy występują jednocześnie w roli oskarżycieli i oskarżonych.

Teatr pozwala przyjrzeć się temu mechanizmowi z bliska. Dzięki aktorom możemy zobaczyć, jak bardzo ludzie potrzebują złudzeń i jak wielką cenę płacą za ich podtrzymywanie.

Po trzydziestu latach „Rodzeństwo” pozostaje także świadectwem szczególnego porozumienia między reżyserem, dramatopisarzem i wykonawcami. Bernhard stworzył role dla konkretnych aktorów. Lupa powierzył je artystom, którzy przez trzy dekady zachowali z nimi więź.

W październiku 2026 roku Agnieszka Mandat, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Piotr Skiba ponownie zasiądą przy rodzinnym stole. Będą rozmawiać o dawnych krzywdach, wspominać rodziców i wypowiadać słowa, które znają od trzydziestu lat. Przez ten czas zmienili się razem ze swoimi bohaterami. 

W „Labiryncie” Krystian Lupa pisał: „Ciągle istnieje w nas tamto poczucie ciała, tamto poczucie myśli, tamto poczucie duszy”.

Być może właśnie dlatego „Rodzeństwo” po trzydziestu latach pozostaje tak przejmujące. Za każdym razem, kiedy aktorzy wracają do rodzinnego domu Bernharda, spotykają się również z własną młodością, z doświadczeniami kolejnych lat i z tym wszystkim, co przez trzy dekady zmieniło się w ich rozumieniu człowieka.

Podziękowania dla Narodowego Starego Teatru w Krakowie za udostępnienie zdjęć archiwalnych.

Kategorie:


Cytat Dnia

„W ogólnym rozrachunku dostałem na scenie spoko kompetentne przedstawienie”

Kamil Pycia o „Lubiewie”, reż. Jędrzej Piaskowski; Teatralna Kicia, 19.10.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL