Muzeum idei
O „Lalce” w reżyserii Mikity Iłynczyka w Teatrze Dramatycznym w Warszawie pisze Magda Mielke.
fot. Karolina Jóźwiak
O „Lalce” w reżyserii Mikity Iłynczyka w Teatrze Dramatycznym w Warszawie pisze Magda Mielke.
fot. Karolina Jóźwiak
Cała Polska rozmawia o „Lalce”. Jedni opowiadają się za wierniejszą powieści, kostiumową adaptacją filmową, inni stawiają na odważniejszy, współczesny język serialu.
W tym sporze spektakl Mikity Iłynczyka, zrealizowany w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, wybiera trzecią drogę: zamiast opowiadać historię Wokulskiego i Łęckiej, rozmontowuje świat Prusa, by złożyć go na nowo z politycznych aluzji, współczesnych lęków i teatralnych prowokacji. Problem w tym, że z tej układanki nie powstaje przekonująca całość. Zostaje koncepcja, która częściej domaga się podziwu dla własnej śmiałości niż rzeczywiście porusza.
„Lalka” stała się tematem ogólnonarodowej dyskusji. Powieść Bolesława Prusa wróciła na ekrany, a wraz z nią pytanie, jak opowiadać dziś o niespełnionej miłości, społecznych podziałach, pieniądzach i ambicjach. Czy należy ocalić kostium epoki, psychologiczną wiarygodność bohaterów i bogactwo obyczajowego szczegółu? A może klasykę trzeba rozebrać na części, przenieść w teraźniejszość i sprawdzić, co z niej zostanie?
Mikita Iłynczyk, reżyser i autor adaptacji spektaklu Teatru Dramatycznego, zdecydowanie opowiada się za drugą możliwością. Wraz z dramaturgiem Goranem Injacem traktuje powieść nie tyle jako historię do wystawienia, ile jako materiał do ideowej przeróbki. Dziewiętnastowieczna Warszawa ustępuje miejsca światu, w którym kapitał, wojna, polityczne zależności i społeczne przywileje tworzą mechanizm przypominający współczesną rzeczywistość.
To wybór uprawniony, a nawet obiecujący. Prus przecież nie pisał wyłącznie o miłosnych rozterkach kupca zakochanego w arystokratce. Opisywał społeczeństwo, które nie potrafi wykorzystać własnego potencjału, a jednostkę mierzy stanem posiadania i jej pochodzeniem. Tyle że aktualizacja klasyki nie staje się automatycznie jej nowym odczytaniem. Trzeba jeszcze znaleźć sposób, by wszystkie pomysły ułożyły się w opowieść. W przedstawieniu Iłynczyka tego spoiwa zabrakło.
Co więcej, spektakl wymaga od widza bardzo dobrej znajomości powieści. Napięcie rodzi się tu często ze zderzenia tego, co znamy z tekstu Prusa, z tym, co oglądamy na scenie. Znajomość pierwowzoru pozwala wychwycić przesunięcia, rozpoznać przewrotne nawiązania i dostrzec, jak daleko reżyser odchodzi od literackiego źródła. Po filmie i serialu teatralna „Lalka” może więc działać jako kolejny głos w dyskusji o tym, czym dziś jest klasyka.
Punktem wyjścia inscenizacji jest muzeum sztuki wojennej, którego działalność pozwala połączyć świat współczesnych instytucji kultury z mechanizmami politycznej i ekonomicznej zależności. Izabela Łęcka występuje tu jako nowoczesna, deklarująca feministyczną wrażliwość przedstawicielka elit, oprowadzająca po wystawie poświęconej wojennej traumie. Instytucję sponsoruje Wokulski – człowiek, który z wojny wrócił nie tylko z doświadczeniem cierpienia, lecz także z pieniędzmi i kontaktami umożliwiającymi dalsze interesy.
W tej wersji bohaterowie Prusa zostają wciągnięci w opowieść o oportunizmie, cynizmie elit i kapitalizmie zdolnym podporządkować sobie niemal każdą wartość. Dawny konflikt między mieszczaństwem a arystokracją zostaje przepisany na język współczesnych zależności. Pojawiają się też skojarzenia z politycznym podporządkowaniem i moralną kompromitacją świata, w którym liczą się przede wszystkim wpływy oraz pieniądze.
Wszystko wydaje się tu na sprzedaż, łącznie z pamięcią i bólem. Wojenne doświadczenie staje się elementem ekspozycji, przedmiotem instytucjonalnego obiegu, a nawet narzędziem budowania prestiżu. Muzeum nie tylko przechowuje ślady traumy, lecz również je porządkuje, oprawia i udostępnia. To jeden z ciekawszych tropów spektaklu, pozwalający spojrzeć na „Lalkę” przez pryzmat współczesnego świata, w którym niemal każdą wartość można przeliczyć na kapitał.
Nie brakuje tu pomysłów, ale ich nagromadzenie staje się problemem. Kolejne wątki, skojarzenia i przekształcenia znanych epizodów sprawiają wrażenie, jakby spektakl chciał opowiedzieć o wszystkim naraz. Zamiast stopniowo odsłaniać sensy, przeskakuje między nimi, pozostawiając widzowi zadanie połączenia rozsypanych elementów.
Najbardziej cierpi na tym fabuła. „Lalka” Prusa to nie tylko zbiór tematów, które można przenieść do dowolnej współczesnej sytuacji. To precyzyjnie skonstruowana opowieść o człowieku, którego pragnienia zderzają się z ograniczeniami społeczeństwa, ale także z jego własnymi złudzeniami. W inscenizacji Iłynczyka Wokulski coraz bardziej przypomina figurę w większej politycznej układance, a coraz mniej człowieka, którego los rzeczywiście nas obchodzi.
Największą słabością spektaklu jest zachwianie proporcji między intelektualnym komentarzem a teatralną emocją. Reżyser zdaje się zakładać, że rozpoznanie współczesnego kontekstu wystarczy, by uruchomić zainteresowanie publiczności. Tymczasem sama aluzja nie jest jeszcze dramatem, a prowokacja nie zastępuje napięcia.
W powieści Prusa społeczna diagnoza wyrasta z konkretnych ludzkich doświadczeń. Wokulski kocha, zazdrości, upokarza się i próbuje przekroczyć granice własnego świata. Izabela jest jednocześnie obiektem jego fascynacji i osobą uwięzioną we własnym systemie wartości. Rzecki żyje pamięcią i politycznymi złudzeniami. Nawet postacie drugoplanowe współtworzą rozległy obraz społeczeństwa, w którym każdy ma swoje interesy, ambicje i słabości.
U Iłynczyka bohaterowie zbyt często stają się nośnikami tez. Ich obecność służy przede wszystkim budowaniu kolejnych skojarzeń, a nie pogłębianiu relacji. Trudno w takim układzie o prawdziwe zaangażowanie w ich losy. Zamiast emocjonalnego napięcia otrzymujemy intelektualny dystans, który nie zawsze prowadzi do ciekawych wniosków.
Nie oczekuję od spektaklu wiernego odtwarzania literackiego pierwowzoru. Jestem daleka od przekonania, że klasykę należy wystawiać z nabożnym szacunkiem, a Wokulski powinien koniecznie przemierzać scenę w dziewiętnastowiecznym kostiumie. Przeciwnie – cenię odwagę interpretacyjną, nieoczywiste skojarzenia i próby wyprowadzenia znanych historii poza utarte schematy. Za gestem odrzucenia tradycji powinna iść jednak przekonująca propozycja artystyczna, a nie tylko demonstracja tego, jak bardzo można odejść od opowieści. Odważne przepisanie historii powinno otwierać nowe drzwi, a nie zamykać te, przez które widz mógłby wejść w świat bohaterów.
Muzeum sztuki wojennej nie jest w tej inscenizacji jedynie pomysłem na współczesne przeniesienie akcji. Staje się metaforą świata, który potrafi zamienić nawet traumę w przedmiot ekspozycji, a pamięć – w element instytucjonalnego i finansowego obiegu. To przestrzeń dobrze pasująca do opowieści o elitach, interesach i moralnych kompromisach. Zarazem jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że przedstawienie zbyt mocno przywiązuje się do własnego konceptu.
Chłodna, oszczędna scenografia Justyny Elminowskiej, pozbawiona sentymentalnego odtwarzania mieszczańskich wnętrz i arystokratycznych salonów, konsekwentnie utrzymuje nas w świecie współczesnej instytucji. Podobnie kostiumy odcinają bohaterów od dziewiętnastowiecznej ikonografii. Nie ma tu próby uwiedzenia widza atmosferą epoki – wszystko podporządkowane jest umowności i dystansowi. Z czasem ten wizualny chłód zaczyna przypominać chłód samego spektaklu: obrazy układają się w czytelny komentarz, lecz nie budują przestrzeni, w której chciałoby się pozostać z bohaterami na dłużej.
Podobnie działa muzyka Krzysztofa Kaliskiego. Wpisuje się w niepokojącą, współczesną estetykę przedstawienia. W warstwie dźwiękowej, podobnie jak w scenografii, widać konsekwencję formalną, ale trudno o dostatecznie silny kontrapunkt dla intelektualnej konstrukcji spektaklu.
Marcin Bosak mierzy się z Wokulskim pozbawionym części tradycyjnego romantycznego wymiaru. W tej interpretacji bohater jest mocno osadzony w mechanizmach kapitału i politycznych zależności. To ciekawy punkt wyjścia, ale osłabienie jego emocjonalnego wymiaru sprawia, że trudniej odczuć dramat człowieka, który próbuje kupić sobie dostęp do świata, do którego nigdy nie zostanie w pełni dopuszczony.
Izabela w wykonaniu Marty Ojrzyńskiej również zostaje wpisana w dyskusję o współczesnych elitach i języku emancypacji. Zamiast skomplikowanej relacji z Wokulskim na pierwszy plan wysuwa się jej funkcja w konstrukcji przedstawienia. Podobnie pozostałe postacie uczestniczą w budowaniu panoramy społecznej, ale nie zawsze zyskują wystarczająco dużo przestrzeni, by zaistnieć jako indywidualności.
U źródeł spektaklu znajduje się opowieść o babci reżysera, która odnalazła u siebie stare wydanie „Lalki” Prusa. Kobieta była polską szlachcianką, a zarazem żoną podoficera Armii Czerwonej. Ten biograficzny trop otwiera możliwość odczytania spektaklu nie tylko jako krytyki kapitalizmu i współczesnych elit, lecz także jako refleksji nad pamięcią i rodzinnym dziedzictwem.
W kontekście przedstawienia, w którym niemal wszystko podlega wycenie, osobisty gest reżysera nabiera dodatkowego znaczenia. Iłynczyk opowiada o bólu swojej babci, a jednocześnie sam nadaje temu bólowi teatralną formę, włącza go w obieg sztuki i czyni elementem własnej wypowiedzi. To intrygujący metakomentarz. Szkoda jednak, że pozostaje przede wszystkim potencjałem. Historia babci pojawia się jako osobista anegdota, ale nie zostaje wystarczająco rozwinięta ani dramaturgicznie powiązana z pozostałymi wątkami.
„Kogo ucieszył pomysł połączenia TR Warszawa i Pawilonu Tańca? Na razie nikogo z zainteresowanych”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.