To z jednej strony spektakl, przy którym trudno się nie roześmiać, odnajdując w nim samego siebie oraz całe spektrum własnych słabości, podanych w tonie tragifarsy. Z drugiej strony manifestuje się tu tak potężny ładunek egzystencjalnej bezradności, że chce nam się płakać, krzyczeć i wyć.
Teatralne zwierciadło okazuje się bezwzględne – zmuszeni jesteśmy do konfrontacji z własną kondycją psychiczną, której jesteśmy świadomi, ale o której aż strach mówić głośno.
Pasażerowie tytułowego tramwaju numer 26 to modelowi mieszkańcy dużego miasta – zakładnicy współczesnego, pędzącego świata. Konstrukcja dramaturgiczna przedstawienia, za którą odpowiada Karolina Szczypek, opiera się na prostym pomyśle: to właśnie podczas tej bardzo powolnej, rozciągniętej w czasie katastrofy czas zdaje się zwalniać i bohaterowie zaczynają opowiadać o swoich lękach. Boją się dokładnie tego, czego my wszyscy, siedzący w ciemności widowni. Czuć w nich paraliżujący lęk przed brakiem konkretnego planu i jasnych perspektyw życiowych w świecie pozbawionym stabilności.
Twórcy bezbłędnie punktują naszą neurotyczną codzienność: obsesję deadline’ów, troskę o własne zdrowie psychiczne i społeczną aprobatę, obawę przed obniżeniem średniej ocen w aplikacji, konieczność dbania o wizerunek firmy czy nieustanny wrzask dziecka, które za nic nie chce się uciszyć, potęgujący poczucie rodzicielskiej porażki.
Spektakl staje się przejmującym traktatem o współczesnym prekariacie i ekonomicznym lęku, w którym naturalną narracją jest bolesne życie z dnia na dzień, wynikające z brutalnego faktu, że we współczesnej rzeczywistości nie stać nas na fundamentalne bezpieczeństwo. Tekst i reżyseria Julii Nowak obnażają paradoks naszej epoki, w której jako jednostki możemy tak wiele, ciesząc się iluzją nieograniczonej wolności, a jednocześnie czujemy, że nie możemy zupełnie nic. Pod tym względem „Katastrofa” okazuje się trafnym komentarzem do czasów, w których żyjemy. Jest to komentarz o tyle cenny i oczyszczający, że na co dzień ciśnie się właściwie każdemu z nas na usta, a jednak tak często pozostaje w przestrzeni publicznej niewypowiedziany.
Sukces tej realizacji w dużej mierze opiera się na bardzo dobrym warsztacie wykonawczym obsady. Gra aktorów prowadzona jest niezwykle blisko człowieka, wręcz od niechcenia, a jednak nie przeszkadza w utrzymaniu dobrego tempa całości i wrażenia podskórnego napięcia. Na scenie oglądamy Izabellę Dudziak, Michała Jana Mellera, Aleksandrę Popławską, Filipa Zarębę i Mirosława Zbrojewicza. Dzięki ich staraniom świetny, gęsty scenariusz mówi się sam i słucha sam, jak podsłuchana rozmowa współpasażerów. Warstwa językowa uderza z ogromną siłą – współczesny, lekki humor, organiczne przekleństwa i głębokie metafory lądują miękko i precyzyjnie, dokładnie tam, gdzie zostały wycelowane.
Wszystko to dzieje się w przestrzeni tramwaju, która performatywnie współgra z zespołem aktorskim. Scenografia Antoniny Kality nie jest jedynie tłem, ale staje się polem akcji, na którym rozgrywa się surrealistyczna jazda bohaterów. Choreografia Any Kuszareckiej dopełnia ten obraz, wzmacniając wrażenie onirycznego chaosu wpisanego w miejską codzienność.
Po spektaklu w głowie widza nie zostaje tanie moralizatorstwo, lecz jedna, przejmująca myśl: kiedy właściwie skończy się ta nasza wspólna katastrofa? Kiedy się zaczęła i czy przypadkiem właśnie nie trwa w najlepsze? Twórcy brutalnie wyrywają nas z codziennego automatyzmu, podsuwając refleksję, że jadąc tramwajem, człowiek nie myśli przecież o tym, że jedzie tramwajem. Po prostu jedzie, i już.
Wychodząc z teatru, zyskujemy bolesną jasność: katastrofa trwa, tramwaj jedzie dalej, a my razem z nim – pokolenie pędzące bez celu.
TR Warszawa