Erynie schodzą ze sceny

Slide
previous arrow
next arrow
Na afiszu

Erynie schodzą ze sceny

O „Orestei” w reżyserii Luka Percevala w Teatrze Narodowym pisze Lena Kuran.

Opublikowano: 2026-10-12
Fot. Mariia Shulga
Ocena recenzenta/tki: (9/10) – rewelacyjny

Mężczyzna pochodzący z rodziny naznaczonej brato- i ojcobójstwami składa córkę w ofierze, aby móc wyruszyć na wojnę. Gdy po latach powraca do domu zwycięski, jego żona wraz z kochankiem wymierza mu śmiertelny cios w zemście za zabicie ich dziecka. Po latach sama ginie z ręki syna szukającego pomsty. Najnowsza premiera Teatru Narodowego stanowi szukanie odpowiedzi na pytanie, czy można próbować zatrzymać tak rozpędzone koło zamachowe nienawiści.

„Oresteja” to – jak Luk Perceval powiedział w wywiadzie udzielonym naszej redakcji – opowieść o głęboko zakorzenionej traumie oraz o bezwarunkowej miłości (rodziców do dziecka, dziecka do rodziców) mogącej rodzić bezwarunkową nienawiść. To również unaocznienie sposobu, w jaki traumatyczne przeżycia będące udziałem poprzednich pokoleń odciskają swoje piętno na kolejnych generacjach. Na scenie Teatru Narodowego Perceval stwarza w istocie medytację nad człowieczeństwem i jego utratą, wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Historię Atrydów opowiedzieli wszyscy trzej greccy tragicy: Ajschylos, Sofokles i Eurypides – ten pierwszy w trzech utworach tragicznych znanych pod wspólną nazwą „Oresteja”. W wersji opowieści zaproponowanej przez Percevala i dramaturżkę Maję Wisłę-Szopińską, opisanej jako powstałej „na motywach trylogii Ajschylosa”, odnajdujemy także silne wpływy innych utworów związanych z wojną trojańską, chociażby Eurypidesowej „Hekuby”. Była królowa Troi (Danuta Stenka), po upadku miasta oddana w niewolę Odyseuszowi, pojawia się u Percevala jako przeciwwaga dla Klitajmestry (Aleksandra Justa): matka pokonana, wyzuta ze sprawczości, mogąca już tylko złorzeczyć bogom w otwierającym spektakl, do szpiku kości przejmującym monologu, gdyż droga zemsty za doznane krzywdy jest przed nią zamknięta. Przez większość czasu pozostaje niema i w swoim cierpieniu przejmująca.

Inscenizacja Percevala jest pozornie statyczna i przepełniona ciszą, a jednak nieustannie wyczuwamy w postaciach podskórny puls, energię i oddech prowadzące je od jednej akcji do drugiej. Krótko przed premierą udało mi się natrafić na oficjalnej stronie Percevala na tekst jego autorstwa poświęcony praktyce jogi w duchu mindfulness (uważności), która w połączeniu z technikami medytacji zen stała się dla reżysera „tańcem prowadzącym ku ciszy”. Praktyka ta wymaga skupienia na oddechu oraz uważności i świadomości własnego ciała. To ten rodzaj ruchu rozpoznaję w choreografii (trafnie określonej u Percevala terminem body language) Teda Stoffera: w połączeniu z „organiczną” muzyką Karola Nepelskiego tworzy on na scenie wizję ciał intuicyjnie przepracowujących traumę i szukających odpoczynku. Aktorzy, z którymi Perceval od początku procesu twórczego pracował w duchu uważności, wykazują się przy tym wytrzymałością i skupieniem. W trwającym godzinę i trzy kwadranse spektaklu są momenty zastygania bohaterów w bezruchu na długie minuty, jednak bez utraty napięcia dramaturgicznego. Niektóre sekwencje ruchu są natomiast wykonywane tak subtelnie, że po jednokrotnym obejrzeniu przedstawienia nabiera się ochoty na kolejne, najchętniej z innego miejsca na widowni, aby w pełni docenić perspektywę i formy ruchu. To nie jest realizacja „jednorazowa”: wyobrażam sobie i przeczuwam, że z każdym kolejnym przebiegiem będą się nam ukazywały nowe, ukryte w niej znaczenia. 

Ważnymi elementami wizualnymi tej „Orestei” są również scenografia (autorstwa, podobnie jak kostiumy, Annelies Vanlaere) i reżyseria światła (Mark Van Denesse). Postacie wchodzą po, schodzą z i przez większość czasu przebywają na – wielostopniowej piramidzie, obracanej siłą mięśni Chorusa (Mariusz Bonaszewski), ilekroć zachodzi potrzeba zmiany perspektywy lub pokazania upływu czasu. Tu wracam do mojej potrzeby kilkukrotnego obejrzenia tego spektaklu: z perspektywy prawej strony widowni widać np., że powracający z wojny Agamemnon (Robert Czerwiński) stawia jedną stopę zawsze po oświetlonej, a drugą po nieoświetlonej stronie piramidy, w prosty i przejmujący sposób pokazując ambiwalencję własnej osoby z perspektywy czekających na jego powrót domowników. 

A zatem: wszystko (dosłownie) kręci się wokół piramidy, będącej nie tylko symbolem hierarchii (wartości czy ważności?), ale także po prostu grobowcem, w którym bohaterowie składają swoje traumy i kolejne poddane przemocy ciała. Co ciekawe, od samego początku piramidę „zamieszkuje” obserwująca dzieje swojej rodziny Ifigenia (Hanna Wojtóściszyn), ciągle wspominana i przyzywana, zwłaszcza przed matkę. To ona uspokaja Klitajmestrę przy próbie pozbycia się z rąk wyimaginowanej krwi (córki czy męża?) w epizodzie godnym Lady Makbet; to ona spokojnie zajmuje miejsce przy siostrze, Elektrze (Ewa Bukała), oskarżającej matkę o skupianie się na martwym dziecku zamiast na  dzieciach żyjących. Ifigenii nie ma, ale JEST – i jako jedyna uwolniła się z kręgu nienawiści i przemocy. Być może jeszcze Hekuba i jej córka Kasandra (Karolina Staniec), są w przewrotny sposób wolne od konieczności nadawania mocy kolejnym wydarzeniom. Ich los jako niewolnic jest z góry przesądzony, pozwala udać się na „wewnętrzną emigrację”.

Co innego „ci biedni zwycięzcy”, jak nazywa ich gorzko trojańska królowa. Teraz, gdy wojna skończona, muszą stanąć do walki z nagromadzonymi przez dziesięć trudnych lat traumami. Agamemnon wraca do domu tylko po to, żeby bez słowa zginąć z rąk Klitajmestry i Ajgistosa (Cezary Kosiński) w ramach sprawiedliwości i zadośćuczynienia za śmierć Ifigenii. Kiedy Orestes zjawia się, by dopełnić zemsty na mordercach ojca, gra go ponownie Robert Czerwiński, pokazując niemożność wyrwania się z cyklu przemocy – zabijając matkę, de facto pomści samego siebie. Elektra szaleje z rozpaczy (znakomita scena w wykonaniu Ewy Bukały) i czeka na powrót brata jak na wybawienie, na szansę wymierzenia sprawiedliwości morderczyni ojca.

Znowu to słowo – sprawiedliwość.

Tegoroczna literacka noblistka, filolożka klasyczna i poetka Anne Carson, we wstępie do swojego przekładu „Agamemnona” Ajschylosa napisała, że „przemoc emanująca ze sprawiedliwości […] pokazuje, jak różne znaczenia może mieć to słowo dla różnych osób”. Uwaga ta świetnie podsumowuje opowieść o „Orestei” Percevala. U Ajschylosa sprawiedliwości w wymiarze moralnym domagają się ścigające Orestesa Erynie, uosobienie kary za nieprawość oraz wyrzutów sumienia. U Percevala ich po prostu nie ma. Ajgistos i Klitajmestra giną, ginie Kasandra, nie ma już Ifigenii ani Hekuby. Zostaje ostatnie pokolenie bohaterów, które ma szansę wyrwać się z cyklu przemocy.

Piramida znowu zaczyna się obracać, pociągając bohaterów – i widzów – za sobą.

Teatr Narodowy

Kategorie:


Cytat Dnia

„Jak rozmawiać o spektaklach, których się nie oglądało? Uczmy się na książkach. Stary dobry sposób zwany laniem wody, w czym celują pijarówy, nigdy nie wyjdzie z użytku. Można też halucynować jak wczesny ChatGPT. Jeśliby układać nowy słownik komunałów à la Gustave Flaubert, na pierwszy, koronny przykład nadałoby się to zdanie: »Wdowik w swoim spektaklu nie daje jasnych odpowiedzi«”

Maciej Stroiński o „Nonfiction”, reż. Gosia Wdowik; E-teatr.pl, 7.10.2026

Newsletter

Zamów newsletter z najciekawszymi informacjami ze świata teatru i najlepszymi tekstami portalu. Bądź na bieżąco! Newslettery dostają wyłącznie członkowie społeczności naszego portalu.

W związku z bezpłatną subskrypcją zgadzam się na otrzymywanie na podany adres email informacji handlowych. Usługa zostanie uruchomiona po kliknięciu w link aktywacyjny przesłany na podany adres email.
W każdej chwili możesz zrezygnować z otrzymywania newslettera i innych informacji.

Teatr dla Wszystkich © Copyright 2026
ISSN 3071-9453
Strona stworzona przez - LOKOINVEST.PL