Wiele obiecywałam sobie po „Materiałach do Pokojówek” Studia Wachowicz/Fret. Może dlatego, że swego czasu duże wrażenie zrobiła na mnie „Granica”, wcześniejszy performans tego duetu.
Jak się okazało, i ten, i tamten wykorzystuje podobne motywy, konstrukcje myślowe, a nawet rekwizyty: kieliszki, świece i kanister. Frontowy piach zastąpiła w „Materiałach” równie wszechobecna woda. Tam była czysta linia dramaturgiczna, tu przekaz o przekraczaniu granic – egzystencjalnych i politycznych – wikła się w ozdobniki. „Materiały” to „działanie w procesie” z pojawiającymi się co tydzień nowymi improwizacjami. I to może wiele tłumaczy.
Drugim powodem mojego częściowego zawodu jest pretekstowe potraktowanie dramatu Jeana Geneta. Podstawową sytuacją sceniczną jest tu bowiem powtarzające się przesłuchanie – ni to w urzędzie pracy, ni to w biurze obozu dla uchodźców, ni to w teatrze. Bohaterki pokazu – kobiety w kryzysie migracyjnym – jednak nie tylko nie otrzymają oczekiwanej roli, ale też nie dostaną pracy pokojówki. Czekają je kolejne upokorzenia, cierpienia i wstyd.
Przestrzeń gry wyznacza metalowa konstrukcja: bez wypełnień, tylko gdzieniegdzie z poziomych listew zwisają przezroczyste ścianki z pleksi, które performerki przenoszą z miejsca na miejsce, łączą i dzielą dowolnie, wyznaczając kolejne sytuacje sceniczne. Z góry zwisa kilkanaście wieszaków z białymi koszulami czy sukienkami o prostych fasonach. W takie kostiumy ubrane są też trzy występujące. Zamiast podłogi – płytki brodzik wypełniony wodą, w nim się poruszają, nie do końca wiadomo dlaczego. W wodzie, a także dookoła „klatki”, na wąskim podeście cała masa rekwizytów. Jest i złota figura Matki Boskiej i wyłamane drzwi pełniące funkcję tratwy ratunkowej. Są stoliki, kandelabry, krzesła, fotele na kółkach, umywalka z wodą lejącą się z kranu, filiżanki, kieliszki itp. To wszystko można określić jako dobytek, dorobek życia niszczejący gdzieś w tobołkach albo czeluściach obozowych namiotów, gdy właścicielki oczekują, jak można się domyślać, na możliwość legalnego funkcjonowania w lepszym świecie.
Przez niemal cały spektakl na froncie sceny paruje czajnik z gotującą się na gazie wodą, co można odczytać jako przypomnienie porzuconego domu, symbol rodzinnego ciepła i domowego ogniska. Na ścianach ograniczających miejsce gry oraz w małym telewizorku rozbudowaną scenografię uzupełniają projekcje obrazów z demonstracji i obozów uchodźczych.
Działania wykonywane przez trzy performerki mają taneczny rodowód, są to jednak codzienne czynności: pranie, sprzątanie, nakrywanie do stołu, ale też nieustane obmywanie się, szorowanie ciała, by zmyć z siebie poczucie ubrudzenia, cielesna krzywdę i duchowa traumę. Wyraziście wybrzmiewa mowa ich ciał. Najmocniejszym jej akordem jest scena gwałtu, który Wachowicz odwzorowuje sama, raz po raz padając i wstając. Niewidoczny oprawca pozwala jej wreszcie usiąść i ostrym głosem z off-u rozkazuje: „Teraz możesz mówić”. To zdanie powtarza się wielokrotnie, wskazując na powtarzalność kobiecych losów i powszechność ograniczania praw kobiet – od tego zaczyna każdy totalitarny system polityczny.
W trakcie pokazu performerki wypowiadają niewiele słów, choć na początku mają swoje pięć minut, aby pełnym dramatyzmu głosem wylać tłumione żale, frustracje czy gniew. Każda w innym, swoim języku, bez szansy na zrozumienie. W tle słychać odgłosy demonstracji, medialnych doniesień, a przede wszystkim powtarzające się jak mantra nagranie, którego słowa wyświetlane są równocześnie na ekranie nad sceną. Wykorzystano w nim fragmenty „Stabat Mater Furiosa” Jean-Pierre’a Siméona, Konstytucji Republiki Francuskiej oraz poematu „Umieram jako kraj” Dimitrisa Dimitriadisa.
„Kobieta nie jest jak kraj, który eksploatuje swoje ruiny, swoje groby […], który sprzedaje parcele za narodową walutę, żyjąc z tego. Nie chcę być krajem […]. Chcę być życiem, chcę żyć” – słyszymy w nagraniu. Rozpad społecznych struktur jest nieodwracalny: kobiety nie chcą rodzić, wiedząc, że nie dają nowego życia, tylko nową śmierć. Tu w warstwie dźwiękowej, w wizualnej – mamy powtarzalność ekspresyjnych gestów, kroków, poruszeń.
Zresztą wszystkiego tutaj, w każdej warstwie, dużo. Czy nagromadzone w nadmiarze strzelby Czechowa wystrzelą? W zasadzie tak, ale jakoś bez większego huku, choć nie brak na koniec świetlnych rac czy pochodni i teatralnego dymu.
Pokaz trafnie diagnozuje rozległy kryzys tożsamości, kultury i państwowości, budzić może jednak konfuzję i niepokój. Z jednej strony, wpisując się w nurt prezentacji tanecznych, nie uściśla znaczeń ruchowych sekwencji, oddając pole emocjom widzów. Z drugiej, jako teatr tańca, z naciskiem na teatr i deklaratywnymi odwołaniami do antycznej spuścizny tragicznej, prowokuje, by fabularnych sensów się doszukiwać. To, co mogłoby być największą zaletą spektaklu, czy jak wolą twórcy: seansu, czyli bogactwo środków scenicznych, jest także jego ograniczeniem.
Bardzo wiele też pada słów – i nie chodzi już nawet o natręctwo recytacji – ale o enuncjacje zarówno w materiałach przegotowanych przez twórców, jak i podczas spotkań, które odbyły się w ramach Polskiej Platformy Tańca. I znów: z jednej strony należy przyklasnąć twórczej samoświadomości, wizji i konsekwencji w jej realizacji, z drugiej na usta ciśnie się szkolne powiedzonko: nie tłumacz się, w sądzie się będziesz tłumaczył.
Czy jeśli widz ma trudności interpretacyjne, to znaczy, że nie dorósł, czy że twórcy nie znaleźli właściwych środków i sposobów na przekazanie swojej prawdy? I żeby było jasne – podobało mi się, ale chciałabym, żeby podobało mi się bardziej.
Polska Platforma Tańca