Są spektakle, które opowiadają historię, i są takie, które próbują sprawić, by widz poczuł jej ciężar na własnej skórze. „Tkocze” Mai Kleczewskiej, zrealizowane w Teatrze Śląskim w Katowicach, wystawiane w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku w ramach przeglądu Wybrzeże Sztuki, należą do tej drugiej kategorii.
To przedstawienie głośne, brutalne i chwilami niewygodne. Nie tyle rekonstruuje XIX-wieczny bunt śląskich tkaczy, ile wykorzystuje dramat Gerharta Hauptmanna, by zapytać, co właściwie dzieje się z człowiekiem, kiedy praca przestaje chronić przed głodem, a upokorzenie staje się codziennością.
Hauptmann napisał ten tekst w 1892 r., inspirując się powstaniem tkaczy z Gór Sowich z 1844 r. Kleczewska wraz z dramaturgiem Grzegorzem Niziołkiem nie traktują jednak dramatu jak muzealnego eksponatu. Dzięki nowemu przekładowi Mirosława Syniawy tkacze mówią po śląsku, podczas gdy przedstawiciele świata fabrykantów posługują się polszczyzną. Ten zabieg jest czymś więcej niż językowym eksperymentem. Język staje się granicą społeczną. Jedni mówią „swoim”, lokalnym językiem, inni – językiem władzy, oficjalności i dominacji. Właśnie tutaj „Tkocze” zaczynają być przedstawieniem o współczesności.
Nie chodzi przecież wyłącznie o to, że biedni buntują się przeciwko bogatym. Kleczewska pokazuje mechanizm narastania gniewu: od niedostatku, przez upokorzenie, aż po moment, w którym człowiek przestaje wierzyć, że istnieje pokojowa droga wyjścia. W spektaklu szczególnie mocno wybrzmiewa doświadczenie głodu. Nie jest on tylko brakiem jedzenia. Staje się stanem społecznym, który odbiera poczucie bezpieczeństwa, godność i wiarę w możliwość zmiany.
Dlatego bunt w „Tkoczach” nie ma romantycznego blasku. Nie jest szlachetnym powstaniem uciskanych przeciwko uciskającym. Jest raczej eksplozją długo tłumionej frustracji. I właśnie to czyni przedstawienie niepokojącym: kiedy stary porządek zaczyna się rozpadać, wcale nie wiadomo, co pojawi się na jego miejscu.
Kleczewska buduje ten świat za pomocą świadomej przesady. Naturalistyczny materiał Hauptmanna zostaje przepuszczony przez ekspresjonistyczną, momentami niemal groteskową teatralność. Realistyczna scenografia Justyny Łagowskiej zostaje skonfrontowana z przerysowanym aktorstwem, muzyką, choreografią i ze światłem. Powstaje rzeczywistość, która jest jednocześnie konkretna i zdeformowana – jakby oglądany świat został poddany działaniu gorączki.
Ważną rolę odgrywa cały zespół aktorski. „Tkocze” nie są spektaklem jednej dominującej kreacji. Siła spektaklu bierze się z poczucia wspólnoty – bohater zbiorowy jest tu ważniejszy niż jednostkowa historia. Głosy, ciała i gesty aktorów zaczynają działać jak jeden organizm. W chwilach zbiorowego wybuchu teatr przestaje być miejscem obserwacji i staje się przestrzenią niemal fizycznego doświadczenia.
Nie jest to przy tym przedstawienie łatwe w odbiorze. Jego intensywność może zarówno fascynować, jak i męczyć. Kleczewska nie daje widzowi bezpiecznego dystansu. Hałas, przemoc, gwałtowność obrazów i ekspresja aktorska mają znaczenie nie tylko estetyczne – zmuszają do odczuwania świata, w którym przemoc ekonomiczna w pewnym momencie zaczyna domagać się odpowiedzi przemocą fizyczną.
Najciekawsze jest jednak to, że „Tkocze” nie zamykają się w historii Śląska. Śląskość nie zostaje tutaj potraktowana jako folklorystyczna dekoracja. Przeciwnie – język śląski staje się narzędziem opowiedzenia historii o wykluczeniu, przynależności i klasie. Dzięki temu lokalna opowieść zyskuje uniwersalny wymiar.
Finał nie przynosi ulgi. Zamiast oczyszczenia pojawia się poczucie, że mechanizm przemocy został uruchomiony i trudno go zatrzymać. Rewolucja okazuje się jednocześnie konieczna i przerażająca. I może właśnie dlatego „Tkocze” pozostają w pamięci: nie dlatego, że oferują odpowiedzi, lecz dlatego, że każą zadać sobie pytanie, ile upokorzenia może wytrzymać człowiek i w którym momencie gniew przestaje być reakcją na niesprawiedliwość, a zaczyna żyć własnym życiem.
To teatr społeczny, ale pozbawiony publicystycznej prostoty. Teatr o nierównościach, który nie pozwala łatwo wskazać bohaterów pozytywnych i negatywnych. I przede wszystkim teatr, który przypomina, że bunt nie zaczyna się od wystrzału. Zaczyna się znacznie wcześniej – od poczucia, że nie ma się już nic do stracenia.
Festiwal Wybrzeże Sztuki