Komedia Petera Quiltera w reżyserii Tomasza Sapryka zapowiadała się intrygująco. Jak bardzo żyjemy pod presją starego porzekadła: jak cię widzą, tak cię piszą? Do jakiej mistyfikacji jesteśmy w stanie się posunąć, choćby w internecie, aby być lepiej odbierani? By prześcignąć kogoś w popularności? By nie stracić uznania i sławy?
Te i inne pytania zadają twórcy za autorem sztuki. Zarówno reżyser, jak i aktorzy czują się dosyć swobodnie w zwariowanej, komediowej konwencji. Reżyser nie eksperymentował, podążał za tekstem. Szkoda jednak, że obiecanej w zapowiedziach błyskotliwości, podobnie jak zaskoczeń i zwrotów akcji, zabrakło.
Na wakacjach Kopciuszek na miarę XXI wieku, czyli piekarz z Bronxu, Justin (Aleksander Sajewski), spotyka w luksusowym hotelu gwiazdę Hollywood, Tylera (Grzegorz Daukszewicz). Gwiazda marzy o samotności i byciu niewidzialnym po wywołaniu głośnego skandalu (niechcący na jednej z gali kopnął w twarz samą Maryl Streep), znienacka pojawia się jednak ów nieproszony gość. Agentka gwiazdy, Ashley, zakochana w swoim pracodawcy po uszy (Katarzyna Zielińska, rola dublowana), próbuje się pozbyć Justina, gdy jednak to się nie udaje, wpada na pomysł szalonego newsa, który postanawia wykreować w social mediach i który z prawdą nie ma nic wspólnego.
Ashley wciąga Justina w intrygę. Postanawia wykreować w internecie romans Tylera i Justina, aby przyćmić skandal ze Streep. Prawda przecież nikogo nie interesuje, wystarczy zrobić kilka zdjęć, liczą się kliknięcia i lajki.
Celebryta, zakryty od stóp do głów ręcznikiem, popija drinki z lorazepanem, nieszczęśliwy, że „wakacje, ale inclusive” się nie udały, a skandal może na zawsze zaprzepaścić wszelkie jego szanse i pogrzebać obiecujące kontrakty. Choć pomaga mu czterech terapeutów, jest więźniem swojego wizerunku i swojej pozycji, którą bardzo łatwo stracić. Wystarczy jeden niewłaściwy ruch.
Justin na początku przygląda się temu ze zdziwieniem, wydaje się, że jest kompletnym przeciwieństwem bożyszcza tłumów, nie chce zgodzić się na romans na niby, od kiedy jednak zaczyna udawać partnera Tylera, świat glamour wciąga go bez reszty. Odkąd poznajemy plan agentki, nic nas już nie zaskoczy.
Humor w tym spektaklu jest chwilami prymitywny, całość płytka i powierzchowna (dowcip czasem opiera się na mało wyszukanych sytuacjach, np. jaki jest powód przeniesienia Justina do innego hotelu? – ktoś załatwił się do jego łóżka; stylizowane uściski gwiazdora i jego quasi-chłopaka przemieniają się w bójki itd.), choć niewątpliwie śmiejemy się też sami z siebie, a twórcy próbują przemycić ważne i niewesołe refleksje o potrzebie nawiązywania głębszych relacji, prywatności, byciu tu i teraz, osamotnieniu i zagubieniu zarówno zwykłych zjadaczy chleba, jak i VIP-ów z pierwszych stron kolorowych magazynów.
Co więcej, druga część przedstawienia jest znacznie gorsza niż pierwsza, tempo gwałtownie spada, choć to właśnie w tym momencie odrzucona Ashley, porzuciwszy męski, toksyczny świat i rolę (decydującej o wszystkim, ale mimo wszystko) niewolnicy, błyszczy najjaśniej. Zdecydowanie bowiem gra Katarzyny Zielińskiej się wyróżnia. Ashley przechodzi przemianę z kogoś zapatrzonego w swojego idola i pracoholiczki w kobietę bardziej świadomą, pragnącą żyć i pracować na własny rachunek.
Najbardziej bezbarwnie (o dziwo) wypada Grzegorz Daukszewicz w roli pragnącego zniknąć i stać się niewidzialnym znerwicowanego amanta, którego dręczą ataki paniki. Aleksander Sajewski wypada zabawnie, jednak nie wykorzystuje potencjału roli. Kiedy mistyfikacja się kończy, bo pora na nowy skandal, zostają przecież zawiedzione uczucia, zawiedziona przyjaźń czy problem wykorzystania drugiego człowieka. O tym widz jedynie słyszy, lub może się tego domyślać – za mało tego wachlarza emocji w grze, skoncentrowanej na wywołaniu uśmiechu u widza.
Postaci męskie nie przechodzą żadnej metamorfozy, nie rozwijają się, choć to zapewne bardziej wina samego tekstu niż aktorów.
Na uwagę zasługuje za to scenografia, która przenosi nas do słonecznej i luksusowej Kalifornii, pełnej palm i drinków z palemką. Na środku sceny króluje basen, w którym ożywa krokodyl. Chwil grozy, zaskakujących, rodem z innej konwencji, nie tłumaczy jednak akcja, są one tutaj nie do końca na miejscu. Mimo trafnych, choć mało odkrywczych obserwacji dotyczących otaczającej nas rzeczywistości zdominowanej przez fake newsy, plotki, rolki i relacje instagramowe, jak np. taka, że mamy tysiąc kontaktów w telefonie, lecz nikt do nas nie dzwoni, po jakimś czasie dłużyzny i powtórki motywów stają się nieznośne. Wszystko staje się przewidywalne i monotonne. Bajka o Pretty Man jest mało prawdopodobna.
I choć bohaterowie zdążyli nas zaciekawić, całość sprawia wrażenie zmarnowanej szansy na trafną, bolesną, a wciąż komediową diagnozę bezwzględnej współczesności, w której każdy jest paparazzim.
Teatr Kwadrat