Są takie książki, których nie da się przenieść na scenę bez zdrady. „Ulisses” Jamesa Joyce’a jest jedną z nich. Ale może właśnie dlatego trzeba próbować.
Nie po to, żeby opowiedzieć Joyce’a, odtworzyć jego labirynt zdań, podążyć za każdym strumieniem świadomości. Raczej po to, żeby sprawdzić, co zostaje z człowieka, kiedy odebrać mu wszystkie narracyjne podpórki. Michał Borczuch, wspólnie z dramaturgiem Tomaszem Śpiewakiem, wybiera z tej monumentalnej powieści „prostą historię”: jeden dzień, dwoje małżonków i zagubiony młody człowiek, który przypadkiem przecina ich drogę. I właśnie w tej pozornej prostocie zaczyna się najbardziej przejmująca część krakowskiego „Ulissesa”, którego mieliśmy okazję obejrzeć w Gdańsku w ramach przeglądu Wybrzeże Sztuki.
Co właściwie wydarza się przez te ponad trzy godziny? Niewiele. Ktoś idzie, ktoś czeka, ktoś rozmawia, ktoś wraca myślami do zmarłych. Jest pogrzeb, jest szpital, jest miasto, są spotkania, które właściwie niczego nie rozwiązują. Jest Leopold Bloom, jest Molly, jest Stephen Dedalus. A przede wszystkim jest nieobecność – tych, którzy umarli, tych, którzy odeszli, tych, z którymi nie potrafimy już rozmawiać.
Borczuch nie próbuje więc zrobić z Joyce’a widowiska. Nie usiłuje wygrać z jego językiem. Zamiast tego pozwala, by scena stała się miejscem zawieszenia. Miejscem, w którym czas płynie trochę inaczej, a codzienność zaczyna przypominać sen. Przedstawienie ma własny, wyraźnie medytacyjny rytm. Powtórzenia nie są tu błędem ani spowolnieniem akcji. Są metodą. Jak myśli, które wracają, choć człowiek wcale ich nie przywołuje.
W centrum tej podróży znajduje się żałoba. Leopold Bloom, w znakomitej interpretacji Krzysztofa Zarzeckiego, nosi w sobie śmierć syna jak coś, czego nie można ani wypowiedzieć, ani odłożyć. Śmierć nie jest wydarzeniem zakończonym. Jest substancją codzienności. Wraca w gestach, spojrzeniach, drobnych skojarzeniach. Podobnie Stephen, grany przez Karola Kubasiewicza, pozostaje uwięziony w relacji ze zmarłą matką. Ojciec, syn, utracone dziecko – Joyce’owski mit podróży zostaje przez Borczucha sprowadzony do najbardziej elementarnego doświadczenia: pragnienia, żeby jeszcze raz znaleźć się przy kimś, kogo już nie ma.
I może dlatego „Ulisses” okazuje się mniej opowieścią o wędrowaniu niż o niemożności powrotu. Powrót do domu jest przecież jednym z najstarszych ludzkich marzeń. Odyseusz wraca do Itaki. Bloom wraca do Molly. Stephen szuka czegoś, co mogłoby zastąpić utraconą więź. Ale współczesny człowiek nie ma już pewności, czy dom nadal istnieje. Czy jest nim drugi człowiek? Pamięć? Ciało? A może tylko miejsce, w którym można przez chwilę przestać uciekać?
Scenografia Doris Nawrot nie próbuje konstruować kompletnego świata, lecz odsłania jego fragmenty. Podobnie wideo Krzysztofa Bagińskiego – zamiast ilustrować powieść, rozszerza scenę o kolejne przestrzenie i perspektywy. Kraków zaczyna prześwitywać przez Dublin, współczesność przez rok 1904. Joyce’owski mechanizm zostaje zachowany: prywatne spotkanie nigdy nie jest tylko prywatne. Za pojedynczym człowiekiem stoją historia, społeczeństwo, religia, płeć, klasa, pamięć. Jednak najbardziej interesujące rzeczy dzieją się wtedy, kiedy spektakl przestaje „opowiadać Joyce’a”, a zaczyna słuchać swoich aktorów.
Szczególnie Molly Bloom Martyny Krzysztofik. Jej obecność długo wydaje się podporządkowana historii Leopolda, jakby Molly była kolejnym punktem jego podróży. A potem następuje przesunięcie. Głos kobiety zaczyna zagarniać przestrzeń. To już nie jest cudza opowieść. To jest jej ciało, jej pamięć, jej pożądanie, jej gniew, jej przyjemność, jej „tak”. Finałowy monolog nie jest więc tylko popisem aktorskim. Staje się odzyskaniem podmiotowości.
Krzysztofik nie gra Molly jako pomnika literatury. I właśnie dlatego jej monolog działa. Nie trzeba znać dziewięćdziesięciu stron Joyce’owskiego strumienia świadomości, żeby zrozumieć jego podstawowy gest: oto człowiek mówi, ponieważ wreszcie może mówić własnym głosem. Rola została zresztą nagrodzona podczas 18. Międzynarodowego Festiwalu Boska Komedia, a także uhonorowana Nagrodą Teatralną im. Stanisława Wyspiańskiego.
W tym sensie „Ulisses” Borczucha jest spektaklem o czułości. Ale czułości nie należy mylić z łagodnością. To przedstawienie potrafi być szorstkie, dziwne, chwilami hermetyczne. Wymaga skupienia. Nie prowadzi widza za rękę. Ono sprawdza, jak długo jesteśmy gotowi pozostać w przestrzeni, w której nic nie dzieje się „na pewno”. To ryzykowna strategia. Można się w tym świecie zgubić. Można się znudzić. Można nawet poczuć, że spektakl stawia przed widzem zadanie większe, niż ten ma ochotę wykonać. Być może właśnie o to chodzi. „Ulisses” jest tu spotkaniem z własną niepewnością.
Bo przecież każdy z nas ma swojego Blooma. Kogoś, kogo nie potrafi pożegnać. Każdy ma swojego Stephena – tę część siebie, która wciąż negocjuje z przeszłością. I każdy ma Molly, która gdzieś pod powierzchnią wszystkich gotowych odpowiedzi powtarza swoje „tak”. Nie jest to więc przedstawienie o podróży do celu. To spektakl o tym, że czasem całą podróż odbywamy tylko po to, żeby przez chwilę znaleźć się obok drugiego człowieka, a potem znowu zostajemy sami i zaczynamy od początku.
Festiwal Wybrzeże Sztuki