W oryginalnym scenariuszu Reginalda Rose’a oskarżony o morderstwo chłopak nie pojawia się na scenie. Piotr Ratajczak w spektaklu Teatru Współczesnego podąża za tym mocnym gestem, co przesuwa punkt ciężkości na sam proces dochodzenia do faktów. I miotających się w tym procesie przypadkowych ludzi.
Dwunastu mężczyzn w szarych ubraniach – ktoś w dopasowanym garniturze, ktoś w eleganckiej kamizelce, ktoś w sportowej bluzie, ale zawsze w mysiej tonacji. Zdaje się, że Grupa Mixer (kostiumy) metaforę społeczeństwa w pierwszej kolejności rozbudowała za pomocą koloru. Następnie – stylu. Oto różne głosy narodu, reprezentanci potężnej demokratycznej maszyny do załatwiania spraw społecznych.
Chociaż skojarzenie z szarą masą jest raczej pejoratywne, to „Dwunastu gniewnych ludzi” dowodzi, że każda jednostka niesie swoją historię. Okazuje się, że osobiste doświadczenia, przeżycia i traumy często kroczą przed tym, co lubimy nazywać prawdą.
Jeden ławnik (Sebastian Świerszcz) wychował się w szemranej okolicy i z dzieciństwa zapamiętał, w jaki sposób skutecznie zaatakować nożem; inny (Sławomir Orzechowski) wraca do swojej niełatwej relacji z synem; kolejny (Szymon Roszak) wygłasza obrzydliwą mowę o marginesie społecznym. Klisze, postawy i stereotypy wracają w dosłownych opowieściach, ale też w detalach, gestach, półsłówkach. Odzywają się pamięć i pamięć ciała.
Przedstawienie stawia zatem wielki znak zapytania przy kategoriach wyboru i wolnej woli. Bardzo często to iluzja, a osobiste doświadczenia warunkują nasze osądy silniej, niż chcielibyśmy przyznać. Gdy z ust jednego z panów padają słowa „wiadomo, co to za ludzie”, uderza miażdżąca pewność tej oceny, ale i zapala się lampka o uniwersalności zła.
Paradoksalnie scenografia jest jasna i mało przytłaczająca. Marcin Chlanda wpuszcza na scenę dużo oddechu i przestrzeni, by myśli mogły się zderzać i kotłować, ale jednocześnie nie stwarza atmosfery zaduchu. Ruch sceniczny (Arkadiusz Buszko) nadaje rytm: aktorzy zastygają, grupują się, zmieniają kierunki, pulsują. Przypominają trybiki systemu, maszyny, która działa, bo działają jej pojedyncze elementy.
I potem przychodzi moment, gdy dyskusja się zapętla, gdy żaden argument już się nie przebija, głównie z powodu zmęczenia i rozgoryczenia ławników. Na zewnątrz obrywa się chmura. Klimatyzacja nie działa. Wilgoć miesza się z nagrzanym powietrzem. Ławnicy wychodzą na przerwę, łapią oddechy, pocierają czoła. W tle rozbrzmiewa „Riders on the Storm” The Doors.
Leniwy, ale i ostry głos Jima Morrisona przypomina, że zagrożenie jest tuż obok. Że śmierć jest nieunikniona i wszechobecna. Ironiczne. Ławnicy wychodzą odsapnąć od dyskusji o czyimś losie, ale muzyka przebijająca się przez ulewę podszeptuje, że nie da się od tego uciec. Że to, czego chcą uniknąć, nie zniknie wtedy, gdy wyjdą z pokoju. To w zasadzie dosłownie umieszczony w tej realizacji moment bezsilności.
Chociaż chwilami w warstwie dźwiękowej dzieje się coś znacznie bardziej intrygującego – miarowe odgłosy, przypominające jingle z telewizyjnych teleturniejów lub tykające zegary. Brutalny w swojej prostocie zabieg łączący decyzję o czyimś istnieniu z rozrywką.
Reżyser Piotr Ratajczak porusza się właśnie po nitce takich subtelności. Pozwala tekstowi Rose’a zadziałać w ascetycznej przestrzeni. To rzetelnie wykonana praca i słusznie przekierowana uwaga na (nie)moc dialogu.
Spektakl trwa sto minut bez przerwy. Nagle do człowieka dociera, jak w sto minut łatwo zmienić zdanie. Wielokrotnie.
Teatr Współczesny w Warszawie