Temperatura „Samosądu” – spektaklu dyplomowego IV roku Wydziału Aktorskiego krakowskiej AST od początku do końca nie schodzi poniżej stanu podgorączkowego.
Jakub Skrzywanek wprowadza młodych aktorów i aktorki na różowy, pluszowy ring, aby na oczach widzów dokonać wiwisekcji zjawiska fascynacji przemocą, ale nie rozumianą jako psychotyczna aberracja, lecz jako żelazna konsekwencja emocjonalnego i edukacyjnego dyletanctwa.
„Samosąd” pomyślany jest jako nieco ironiczna, groteskowa, pełna skrajnych emocji zabawa w zadawanie cierpienia. Oto grupa nastolatków (w trakcie przedstawienia dowiadujemy się, że mają mniej więcej po szesnaście lat) postanawia stworzyć fikcyjne konto w mediach społecznościowych, aby pod pozorem spotkania o charakterze seksualnym zwabić dwudziestokilkulatka w pułapkę. Jak dowiadujemy się na początku, historia jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z Wrocławia, gdzie grupka młodych, oskarżając Ukraińca o dwuznaczne kontakty z nieletnią, dokonała na nim brutalnego samosądu. Z kolei nawiązanie do „Dwunastu gniewnych ludzi” jest jedynie symboliczne, bo warszawski Teatr Współczesny uprzedził AST z wykupem licencji na hit sprzed prawie siedemdziesięciu lat.
Oglądając „Samosąd”, nie sposób nie myśleć o takich dziełach jak „Funny Games” czy „Słoń”. Występujący na scenie są tych konotacji świadomi. Bawiąc się kulturowymi kliszami, grają z widzem, jego cierpliwością, odpornością i poczuciem bezpieczeństwa. Historie o romantyzowaniu przemocy, zadawaniu cierpienia innym jako odwecie za doznane upokorzenia bądź realizacji perwersyjnych pragnień – są dobrze znane w dziejach kultury i sztuki. To, co wyróżnia dyplom AST, to próba wyjścia poza prostą historię o psychologii tłumu i odpowiedzialności zbiorowej, czyli rozmytej. Oprócz dylematów na temat wyboru sposobu torturowania mającego się pojawić mężczyzny słyszymy pytania o sens robienia takiego teatru (zwłaszcza dyplomu) oraz o idee pracy w teatrze w ogóle – zwłaszcza że wiecznie nienażarty Netflix przygarnie każdego, kto ma wystarczająco dużo determinacji i parcia na szkło.
Autotematyczne wtręty nie przysłaniają głównej osi spektaklu, czyli zabawy w przemoc. Jak już zwracałem uwagę, przedstawienie jest grane na podkręconych emocjach. Ma to oczywiście swoje psychologiczne uzasadnienie, w końcu mamy do czynienia z nastolatkami planującymi okaleczenie, a nawet zabójstwo człowieka. Ale też wszechobecny krzyk, wulgarność, przepychanki między uczestnikami zasadzki, wzajemne oskarżenia i przemocowe działania względem samych siebie po kilkudziesięciu minutach tracą swój impet i zobojętniają widza, który po prostu przyzwyczaja się do tego typu wysokich rejestrów. Proporcje scen dynamicznych, agresywnych w formie i słowie wobec spokojnych, dających dystans i możliwość przyjrzenia się na chłodno motywacjom bohaterów są mocno przeszacowane na korzyść tych pierwszych. Nie odkryję Ameryki, jeśli stwierdzę, że cisza jest czasem najgłośniejszym krzykiem.
Z pewnością na uznanie zasługuje cały zespół, który zmierzył się z mocnym, wymagającym tematem. Co istotne, aktorom i aktorkom udało się stworzyć wiarygodne kreacje balansujące gdzieś pomiędzy komiksowo-groteskową kliszą a autentycznym zagubieniem młodego, wychowanego w cyfrowej erze człowieka, dla którego przemoc może być niczym innym, jak dobrym sposobem na monetyzację kontentu (w końcu patostreaming do niedawna święcił triumfy). To kolejny problem poruszany przez twórców: kłopoty dzieciaków z odróżnieniem wirtualnej rzeczywistości od konsekwencji prawdziwych czynów. Sceny „próbnych” molestowań są tego najlepszym przykładem.
„Samosąd” to zatem spektakl dopracowany, ale jednocześnie przekrzyczany. Z pewnością ważny społecznie, ironiczny i zmuszający do refleksji. I na pewno nie pozostawia widza obojętnym. A to dla scenicznych debiutantów chyba najistotniejsza kwestia.
Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego