Twórcy „Power Play”, spektaklu-eksperymentu zaprezentowanego na festiwalu Mała Boska Komedia, za cel obierają sobie wyjście poza klasyczne ramy przedstawienia dla dzieci/młodzieży. Pośrednio im się to udaje. Startując od „Króla Maciusia Pierwszego”, wypływają na szerokie teatralne wody, zapominając jednak po drodze kompasu, który poprowadziłby ich w jakimś określonym kierunku.
Podzielony na trzy części spektakl zaczyna się od pałacowych intryg. Otóż w królestwie zbudowanym z koców, prześcieradeł i innych tego typu kolorowych materiałów Król Maciuś (Dobromir Dymecki) zaczyna swoje rządy.
Nie zna życia ten, kto za dziecka nie budował różnego rodzaju „baz”, do których dorośli nie mieli wstępu. Dziecięcy azyl – czy to budowany gdzieś na drzewie, czy konstruowany z patyków i tego, co akurat było pod ręką – stawał się przestrzenią, w której wyobraźnia prowadziła człowieka do tworzenia najróżniejszych zabaw, scenariuszy i historii. Nie inaczej jest na scenie. Bohaterowie poruszają się bez słów pod dyktando narratora (Tomasz Tyndyk), który wygłaszając wszystkie kwestie, ma całkowitą władzę nad wykreowanym światem. Warto zwrócić uwagę na fantazyjne kostiumy autorstwa Marty Szypulskiej, będące kolażami złożonymi z przedmiotów codziennego użytku, tego, co moglibyśmy spontanicznie użyć, chcąc pobawić się z dziećmi w teatrzyk, chociażby w „Króla Maciusia Pierwszego”.
Dość swobodna wariacja na temat utworu Korczaka zostaje gwałtownie przerwana przez występujące obok zawodowych aktorów dzieciaki (Lea Fabiś, Łucja Moraczewska, Klara Olszewska, Olivia Strzępka). Znudzone „starym teatrem” proponują wzięcie władzy w swoje ręce. Dostają piętnaście minut (skrupulatnie odliczane na cyfrowym zegarze umieszczonym nad sceną), podczas których mogą improwizować do woli, rozdając aktorskie zadania swoim starszym kolegom i koleżankom. A dyrygować jest kim, bo oprócz Dobromira Dymeckiego i Tomasza Tyndyka, w „Power Play” grają Maria Maj i Monika Frajczyk. Tu zaczynają się szerokie wody, o których wspominam we wstępie. O ile na początku dziewczyny mają kilka zabawnych pomysłów i całość spina się w śmieszno-pokraczną salę ćwiczeniową rodem ze szkoły teatralnej, o tyle im dalej, tym bardziej improwizację zastępuje chaos. I nie jest to wina dzieciaków. Kiedy grasz ze świetnymi aktorami, jesteś na festiwalu, masz swobodę działania, głowę pełną pomysłów i ciało pełne buzujących emocji, to siłą rzeczy zaczynasz się miotać, a razem z tobą ci, z którymi współdziałasz. Myślę, że odpowiedzialność za powstały miszmasz stoi jednak po stronie reżyserki Samary Hersch. Improwizację również trzeba przygotować, dać odpowiednie narzędzia, wyposażyć w samodyscyplinę, która paradoksalnie jest kluczem do tego typu teatralnej swobody.
Część trzecia – najlepsza – znowu wtłacza spektakl w bardziej tradycyjne ramy. Oniryczna, pustynna sceneria rodem z „Diuny” wprowadza widownię w metafizyczny nastrój. Bohaterowie śpią zanurzeni pośród gigantycznych dmuchanych ni to tuneli, ni wydm. Każdy z nich po kolei opowiada swój sen. Intymne okoliczności skłaniają do zwierzeń, rozmów dorosłych z dziećmi na temat relacji z rodzicami, miłości do nich i lęku o nich. Senna atmosfera sprzyja zatarciu się granic między dojrzałością a dziecięcością – ciemność, noc uruchamia przeróżne myśli na temat tego, co już za nami, ale i tego, co może się wydarzyć w przyszłości. W końcu niezależnie od tego, czy masz 50, czy pięć lat, zawsze jesteś czyimś dzieckiem.
Przedziwne to przedstawienie. Momentami intrygujące, ale gubiące się w gąszczu własnych pomysłów. Przypomina bardziej warsztaty teatralne niż dzieło sceniczne. Skądinąd ciekawy zabieg oddania władzy nad spektaklem młodym nie miał żadnego przełożenia na dalsze wydarzenia. Rozumiałbym, gdyby działania improwizacyjne prowadziły za każdym razem do innej wersji wiecznie otwartego zakończenia, tu natomiast mamy schemat typu część pierwsza – macie pobawcie się chwilę – część trzecia. Inną sprawą jest obsada złożona z naprawdę świetnych artystów i artystek, z których można było wycisnąć o wiele, wiele więcej (gdyby oczywiście ktoś miał na to pomysł). Brawa za scenografię i kostiumy – pod tym względem to pierwszoligowa produkcja. W innych aspektach do ekstraklasy trochę jednak brakuje.
TR Warszawa