Przedstawienie kolektywu nie pokazuje gwałtu. Nie rekonstruuje go ani nie próbuje odtworzyć momentu przemocy. Zamiast tego pokazuje to, co zostaje później: pamięć, wstyd, bezradność i potrzebę odzyskania kontroli nad ciałem.
Punktem wyjścia jest „Gwałt na Lukrecji” Szekspira, ale spektakl szybko wychodzi poza literacką historię. Najważniejsze staje się ciało. Konkretne, fizyczne, podatne na zranienie, które trzeba umyć, dotknąć, zaopiekować się nim. Ciało, które po traumie nie wraca po prostu do tego, czym było wcześniej.
Jedna z najmocniejszych scen to dokładne, niemal rytualne mycie nagiego ciała. Jest w tym dużo czułości, ale także coś niepokojącego. Mycie może być troską i próbą odzyskania poczucia bezpieczeństwa, ale może też przypominać o potrzebie usunięcia z siebie czegoś, czego tak naprawdę nie da się usunąć.
Podobnie działa scena szorowania białej podłogi. Tancerki czyszczą ją niemal obsesyjnie, a jednak wciąż pozostają ślady. Im więcej wysiłku wkładają w sprzątanie, tym mocniej czujemy, że nie wszystko można wyczyścić. Czystość staje się tu nie tylko kwestią porządku, ale także potrzebą zapomnienia, wymazania tego, co się wydarzyło.
I właśnie wtedy spektakl dotyka czegoś bardzo bliskiego życiu. Po trudnych doświadczeniach często chcemy jak najszybciej wrócić do normalności. Posprzątać, zamknąć drzwi, niczego już nie dotykać, nie mówić. Tymczasem niektórych rzeczy nie da się zetrzeć. Zostają w pamięci i w ciele.
Hertz Haus pokazuje też, jak skomplikowana może być sama opieka. Dotyk może oznaczać bliskość, ale zawsze jest wejściem w czyjąś prywatność. Mycie może być pomocą, ale wymaga przekroczenia bardzo osobistej granicy. Troska nie zawsze jest łatwa i niewinna. Czasem także wiąże się z bezradnością, z koniecznością zrobienia czegoś, choć wiemy, że nie potrafimy naprawić wszystkiego.
Spektakl stawia pytanie o to, co właściwie chcemy w teatrze oglądać. Nagość, fizjologia, wymioty, ślina, sprzątanie czy mycie zwykle pozostają poza sferą publiczną. Tutaj zostają pokazane bez upiększeń. Nie po to, żeby szokować, ale żeby przypomnieć, że ciało nie zawsze jest piękne, sprawne i wygodne. Czasem jest po prostu chore, zmęczone, brudne, bezbronne, i potrzebuje drugiego człowieka.
Ważna jest wspólna praca Magdaleny Kowali, Natalii Murawskiej, Joanny Woźnej i Anny Zglenickiej, z dramaturgią Patrycji Kowańskiej. Wszystko tutaj wynika z fizycznej obecności performerek. Ich ciała naprawdę pracują: myją, szorują, dotykają, powtarzają te same czynności. Dzięki temu temat nie zostaje tylko opowiedziany. Jest przeżywany na scenie.
Muzyka Wojciecha Wilka dodatkowo nadaje spektaklowi rytm. Klasyczne odniesienia, przywołujące m.in. ikoniczny motyw muzyczny z filmu „Kobieta i mężczyzna”, spotykają się z mocną, transową muzyką rave. Z jednej strony pojawia się więc znany kulturowy obraz relacji kobiety i mężczyzny, z drugiej ciało, które zostaje wprawione w ruch i zaczyna mówić własnym językiem.
„To bitch or not to bitch” jest przedstawieniem o tym, że po przemocy nic nie kończy się w momencie, kiedy kończy się samo wydarzenie. Zostaje ciało. Zostają ślady. Zostaje pamięć. Zostaje codzienna praca, często niewidoczna, związana z próbą powrotu do siebie.
Najmocniejszy obraz spektaklu, biała podłoga, której mimo nieustannego szorowania nie można idealnie doczyścić, staje się prostą, ale mocną metaforą. Można sprzątać bez końca, można próbować zacząć od nowa, można udawać, że nic się nie stało. Ale pewnych śladów nie da się usunąć. Artystki zamiast pokazywać samą przemoc, pokazują człowieka, który musi żyć dalej z tym, co się wydarzyło.
Nie wszystko można naprawić. Nie wszystko można domyć. Ale można być obok. Można dotknąć, podtrzymać, umyć, posprzątać. Można zostać. I to właśnie z tej prostej, bardzo ludzkiej potrzeby opieki Hertz Haus buduje swój teatralny gest.
Polska Platforma Tańca