Wierzę, że zostaniemy zauważeni
Z Katarzyną Sołtys, dyrektorką naczelną Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze, rozmawia Malwina Kiepiel.
fot. Bernard Łętowski
Z Katarzyną Sołtys, dyrektorką naczelną Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze, rozmawia Malwina Kiepiel.
fot. Bernard Łętowski
Rok temu objęła kierownictwo Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze, jednej z najbardziej zasłużonych scen dramatycznych na Dolnym Śląsku. W ciągu pierwszego sezonu postawiła na zmianę repertuaru, przywróciła do życia Scenę Studyjną, rozpoczęła modernizację teatru i konsekwentnie realizuje program oparty na wartościach.
Co słychać po roku funkcjonowania w strukturach Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze?
Jak widać, mam się dobrze. To był dla mnie rok, który nazywam „rokiem pierwszych razów”. Tak chyba mogę podsumować ten etap swojej drogi zawodowej.
I takiej prawdziwej jazdy bez trzymanki?
Trochę tak. Po pierwsze, przeprowadziłam się do nowego miejsca, a po drugie, trafiłam do wymarzonej pracy w teatrze. Ja do teatru chciałam wrócić już od dłuższego czasu i bardzo się cieszę, że to się w końcu stało.
To był rok mojej pierwszej premiery jako dyrektorki – pierwszej, którą otwierałam i za którą od początku czułam pełną odpowiedzialność – „1984” George’a Orwella w reżyserii Szymona Kaczmarka, z tekstem i dramaturgią Żelisława Żelisławskiego. To team, który wcześniej już pracował w naszym teatrze. Pamiętam, że podczas premiery aż się popłakałam ze wzruszenia i z poczucia, że właśnie realizuję swoje marzenia.
Ale nie ze stresu.
Nie, zdecydowanie nie. To były emocje. Od początku chcieliśmy, żeby „1984” był spektaklem klasycznym i uniwersalnym, ale jednocześnie poruszającym. Takim, który zostawia widza z pytaniami i zmusza do myślenia. Chcieliśmy też trochę przełamać wieloletnią dominację komedii i fars w repertuarze naszego teatru.
Nagle okazało się, że jeleniogórska publiczność bardzo dobrze odpowiedziała na taki repertuar. Najbardziej zapamiętałam sytuacje, kiedy widzowie wychodzili po spektaklu i mówili: „Kurczę, muszę wrócić do Orwella i przeczytać go jeszcze raz”. To był dla nas chyba największy komplement. Jeżeli teatr sprawia, że ludzie wracają do literatury, to znaczy, że wydarzyło się coś naprawdę ważnego.
To przełożyło się również na frekwencję. Liczba widzów wzrosła.
Tak. W sezonie 2025/2026 mieliśmy ponad 32 tys. widzów i zagraliśmy 114 spektakli. Drugą premierą było „Schronisko, które przestało istnieć” w reżyserii Tadeusza Pyrczaka na podstawie tekstu Sławka Gortycha.
Lokalna historia.
Bardzo lokalna. Lokalny autor, lokalna opowieść, Karkonosze. Mam wrażenie, że przy doborze tego tytułu czuwała nad nami jakaś opatrzność. Szukaliśmy literatury, która rozpocznie cykl opowiadania o naszej lokalności. Postanowiliśmy przenieść na scenę wyjątkowy i doceniony przez czytelników kryminał osadzony właśnie w Karkonoszach.
Sławek bardzo się z tego projektu ucieszył. To było duże przeżycie i dla niego, i dla mnie.
Od dawna miałam poczucie, że jego sposób pisania spotkał się z niezwykle dobrym przyjęciem w całej Polsce. Uważam, że jest wyjątkowym ambasadorem Dolnego Śląska, Karkonoszy i miejsc, które zna od dziecka. Naszą inspiracją do tworzenia spektakli o tematyce lokalnej był spektakl „Miedzianka” na podstawie głośnej książki Filipa Springera, wyreżyserowany przez Łukasza Fijała z tekstem Tomasza Cymermana.
To był dla mnie rok, który nazywam „rokiem pierwszych razów”. Tak chyba mogę podsumować ten etap swojej drogi zawodowej
To też była lokalna historia.
Tak. Historia miejscowości, która przestała istnieć. Tutaj mamy schronisko, które również przestało istnieć. Może rzeczywiście jest jakaś magia w tych opowieściach o znikających miejscach.
Ciekawie ułożył się też nasz teatralny kalendarz. W kwietniu odbyła się premiera naszego spektaklu, a chwilę później Sławek miał premierę piątego tomu swojej serii kryminalnej – „Święto Karkonoszy”. W tym samym czasie było już wiadomo, że powstanie ekranizacja jego powieści.
Do teatru przyjeżdżali producenci filmu, którzy mają podpisaną umowę z wydawnictwem. Chcieli zobaczyć, jak przenieśliśmy tę historię na scenę, i zainspirować się naszym spektaklem podczas pracy nad filmem. Myślę, że to nie był przypadek. To była dobra intuicja.
Ten sezon był jednak szczególny również dlatego, że część repertuaru odziedziczyłaś po poprzednim dyrektorze, Tadeuszu Wnuku, a część była już efektem współpracy z Janem Czaplińskim i realizacją własnej wizji teatru.
Tak.
Gdyby porównać zainteresowanie publiczności – większą popularnością cieszą się spektakle z poprzedniego repertuaru czy te nowe?
Nowe.
Myślę jednak, że trzeba pamiętać o pewnym kontekście. Przez ostatnich dziesięć lat repertuar teatru opierał się przede wszystkim na farsach i komediach. Kiedy przygotowywałam się do konkursu i przyjeżdżałam oglądać spektakle, czasami miałam wrażenie, że oglądam właściwie jeden i ten sam spektakl. Farsy mają podobną konstrukcję dramatyczną, podobny język i podobny rodzaj humoru.
Jedno trzeba jednak bardzo mocno podkreślić. Aktorzy nigdy nie odpuszczali. Zawsze grali na sto procent, dokładnie tak, jak przygotował ich reżyser. Oni naprawdę wkładali serce w każde przedstawienie. To dawało mi przekonanie, że równie mocno wejdą w inny repertuar. I rzeczywiście tak się stało.
Kiedy obejmowałam stanowisko, trwały już próby do spektaklu „Tartuffe albo hipokryta” przygotowywanego przez Piotra Kurzawę. Pamiętam, że Piotrek zadzwonił do mnie i zapytał, czy będzie mógł dokończyć pracę nad spektaklem. Umówiliśmy się, że oczywiście tak. Wypowiadanie umów, płacenie kar umownych i zaczynanie wszystkiego od nowa nikomu nie byłoby wtedy potrzebne.
Pierwszą premierą sezonu został więc właśnie Molier, pokazany w październiku 2025 r. Tym przedstawieniem świętowaliśmy również jubileusz osiemdziesięciolecia naszego teatru.
W minionym sezonie jeszcze jedno okazało się dla mnie takim pierwszym razem. Po dziesięciu latach przywróciliśmy do życia Scenę Studyjną. W czerwcu br. zagraliśmy na niej premierę. To było niezwykle wzruszające wydarzenie dla wielu osób związanych z teatrem.
Pamiętam reakcję Urszuli Liksztet, byłej kierowniczki literackiej teatru, która pracowała jeszcze z Aliną Obidniak. Przyszła po spektaklu bardzo poruszona i powiedziała: „Boże, to był naprawdę dobry ruch. Dobrze, że ta scena wróciła. To było serce tego teatru”.
Myślę, że warto wyjaśnić, czym właściwie była ta przestrzeń. Scena Studyjna powstała jeszcze z inicjatywy Aliny Obidniak. To ona widziała potrzebę stworzenia miejsca dla widza, który jest gotowy na teatr bardziej eksperymentalny. Na dużej scenie grano klasyczne dramaty, komedie, Moliera, Fredrę, Witkacego i inne duże tytuły, natomiast mała scena miała być przestrzenią poszukiwań i artystycznej odwagi.
Pierwszym wyborem Aliny Obidniak był młody Krystian Lupa.
Tak. Przez dziewięć lat pracował w Teatrze Norwida na etacie. Ta mała scena była jego laboratorium, miejscem eksperymentów. Działy się na niej rzeczy naprawdę niezwykłe.
Pamiętam rozmowę z Michałem Zadarą, który opowiadał mi, że właśnie w Jeleniej Górze Krystian Lupa po raz pierwszy otworzył podczas spektaklu okna wychodzące na ulicę. Do przedstawienia włączono odgłosy miasta – samochody, karetki, wszystko, co działo się na zewnątrz. To stało się elementem spektaklu. Podobno właśnie na scenie studyjnej rodziły się takie teatralne poszukiwania.
Teatr Norwida ma historię, która naprawdę zobowiązuje. Razem z Jankiem Czaplińskim bardzo chcieliśmy tę scenę przywrócić do życia. Skoro kiedyś była miejscem tak odważnych eksperymentów, uznaliśmy, że warto do tej idei wrócić.
Mam zresztą wrażenie, że sposób myślenia Aliny Obidniak i Janusza Deglera przez cały czas nam towarzyszy. Nie próbujemy go kopiować, ale jest nam bardzo bliski.
Zapowiadając swój program, nawiązywałaś chyba właśnie do tej tradycji związanej z Aliną Obidniak.
Nawiązania do Aliny Obidniak, Janusza Deglera, Jerzego Grotowskiego i innych, wielkich twórców zgromadzonych wokół Teatru Norwida ciągle nam towarzyszą. Śmiejemy się z tego i widzimy w nich pewne odzwierciedlenia w rzeczywistości. Tak jakby nadpisujemy historię na nowo. Taki przykład: Alina Obidniak, kiedy zaczynała pracę w Teatrze Norwida, miała 42 lata. Kiedy ja zaczynałam w ubiegłym roku, też miałam 42 lata. Zastanawiałam się, czy to przypadek.
Nawiązania do Aliny Obidniak, Janusza Deglera, Jerzego Grotowskiego i innych, wielkich twórców zgromadzonych wokół Teatru Norwida ciągle nam towarzyszą. Śmiejemy się z tego i widzimy w nich pewne odzwierciedlenia w rzeczywistości. Tak jakby nadpisujemy historię na nowo
Nie sądzę. To może teraz zaprosisz Krystiana Lupę?
Teraz muszę znaleźć „swojego Krystiana”. Spójrzmy na to, co robiła Alina. Jeździła na wszystkie przeglądy młodej reżyserii, wyłapywała tam młodych twórców i zapraszała ich do Jeleniej Góry. Wcale się nie dziwię, że tak działała. Dziś także stajemy przed wyzwaniem odległości. Jelenia Góra leży 480 km od Warszawy.
Myślę, że z tego bierze się również to, że nie każdy, kogo chcielibyśmy zaprosić do współpracy, może sobie pozwolić na przyjazd do Jeleniej Góry… A szkoda, bo tutaj naprawdę jest pięknie. Sam pobyt w teatrze może się też stać takim intensywnym czasem bycia razem, pracy w zwartej, energetycznej grupie.
Alina otoczona była wybitnymi osobowościami teatralnymi, m.in. miała wspaniałego kierownika literackiego – Janusza Deglera. Tak jak ja mam Jana Czaplińskiego.
Właśnie. Jak pracuje Ci się z Janem Czaplińskim?
Bardzo dobrze, mimo że na co dzień jesteśmy w dwóch różnych miastach.
Jan jest na co dzień związany z Warszawą?
Tak. Jest wykładowcą Akademii Teatralnej na Wydziale Wiedzy o Teatrze, pracuje również w redakcji Teatru Telewizji. Oczywiście realizuje też własne projekty artystyczne. Ostatnio pracował z Jakubem Skrzywankiem nad „Requiem dla snu” w Teatrze Studio.
Dużo pracujemy zdalnie, bardzo wiele rzeczy omawiamy podczas rozmów on-line, ale Janek regularnie przyjeżdża do Jeleniej Góry. Jest obecny przy każdej premierze.
Wypracowaliśmy sobie taki system, że razem uczestniczymy w rozmowach z twórcami. Wchodzimy w proces twórczy, może nie w taki sposób, żeby go kontrolować, ale zależy nam na tym, żeby rozmawiać o tym, co chcielibyśmy na końcu zobaczyć, jak rozumiemy dany temat i w jakim kierunku może się rozwijać spektakl.
Robimy również rzeczy, które wydają mi się dość nietypowe. Tak było chociażby przy pracy z Darią Sobik. Wiedzieliśmy, że potrzebujemy tekstu mówiącego o relacji matki i córki, rodzinnych napięć, wsparcia albo jego braku. Janek przesłał mi wtedy kilka tekstów i powiedział: „Przeczytaj, zobacz, wybierz”. Czytałam je, rozmawialiśmy i w ten sposób wybraliśmy tekst Darii.
Później skierowaliśmy się do niej z zapytaniem, kogo widziałaby jako reżysera albo reżyserkę tekstu „Jest tylko jedna”. Oczywiście zaproponowaliśmy jej twórców z naszej strony i byliśmy otwarci na inne propozycje. Zależy nam na tym, żeby włączać w proces powstawania spektakli także autorów/autorki tekstów.
Czyli to rzeczywiście opiera się na rozmowie i kolektywnej współpracy. Ten model się u Ciebie sprawdził?
Tak. Teraz przygotowujemy drugi tekst w podobny sposób. Wybraliśmy sztukę Martyny Wawrzyniak „Chciałaś mieć hrabiego, teraz rób na niego”.
To już premiera nowego sezonu?
Tak, pojawi się po Nowym Roku. Zadzwoniłam do Martyny z propozycją reżyserki, którą chcieliśmy zaprosić do tego tekstu. Powiedziała: „Dobrze, daj mi chwilę do namysłu”. Po otrzymaniu zielonego światła zaczęliśmy rozmowy z Karoliną Kowalczyk. Trochę więc odwracamy standardową kolejność tego procesu.
Na początku pracy spotykamy się z reżyserem albo reżyserką i rozmawiamy, zaznaczamy, na czym nam zależy w realizacji konkretnego spektaklu. Twórcy oczywiście przygotowują swoje propozycje i opowiadają, jak widzą przedstawienie. Mniej więcej w połowie procesu robimy próbę, którą nazywamy „ratuj się, kto może” lub „próbę przelotową”. Pokazywane jest wtedy wszystko, co na danym etapie zostało już przygotowane. Jest to dla nas moment „sprawdzam” i czas na przyjrzenie się, jak zaczyna zarysowywać się całość.
Potem oczywiście siadamy i omawiamy to, co udało się przygotować. To jest pierwszy, w moim odczuciu, ważny feedback.
Diagnozujemy, na jakim etapie jesteśmy, jak widzimy poszczególne sceny, co z tego czytamy, czy rozumiemy zamysł twórców i czy właściwie odbieramy kierunek pracy nad tekstem.
Dla aktorów też jest to ciekawe doświadczenie, ponieważ wcześniej nie pracowali w ten sposób. Później spotykamy się już na próbach generalnych. Jesteśmy na wszystkich i po każdej umawiamy się na rozmowę, podczas której dzielimy się swoimi przemyśleniami, wskazówkami czy uwagami.
Pamiętam, że w swoim programie zapowiadałaś, że chciałaś wyjść z teatrem poza Jelenią Górę.
I już wychodzimy poza Jelenią Górę. Mamy pierwsze zaproszenie ze „Schroniskiem, które przestało istnieć”.
Dokąd jedziecie? Możesz już zdradzić?
Jedziemy do Lubina.
Tam w ogóle jest teatr?
Właśnie nie ma, ale jest scena. Lubin stwierdził, że po prostu nas zaprosi, żebyśmy zagrali dla mieszkańców na miejscu.
Najbliżej Lubina jest Legnica, prawda?
Tak. To będzie pierwszy wyjazd z jednym z naszych nowych spektakli. Mamy też stałą współpracę z teatrem w Zittau/Gorlitz po niemieckiej stronie. Wzajemnie się zapraszamy.
Kasiu, a czy z zapraszaniem spektakli na festiwale nie jest trochę tak, że wciąż krążą te same tytuły i te same teatry? W rozmowie z Markiem Fiedorem usłyszałam, że działa pewien wewnętrzny mechanizm środowiska teatralnego: tych zapraszamy, a tych nie. Widać spektakle, które pojawiają się niemal na każdym festiwalu. Nie oceniam ich wartości, tylko pytam o sam mechanizm. Nie boisz się, że nie znajdziecie się w tym obiegu, bo jeszcze nie należysz do tego kręgu?
Nie boję. Ogólnie niewielu rzeczy się boję. Nie jestem jeszcze w tym kręgu, ponieważ stosunkowo od niedawna funkcjonuję w środowisku teatru repertuarowego. Chociaż z drugiej strony nie jestem przecież całkowicie nowa.
Nie pracowałam jednak wcześniej w teatrze repertuarowym, choć bardzo tego chciałam. Miałam dwie próby wejścia do takiej instytucji w Warszawie. Startowałam w dwóch konkursach.
Przypomnijmy – m.in. do Teatru Lalka.
Tak. Wydział Lalkarski we Wrocławiu ukończyłam w 2006 r. W lutym, krótko przed konkursem w Jeleniej Górze, startowałam na stanowisko dyrektorki Teatru Lalka w Warszawie. Tam przegrałam jednym głosem. W Jeleniej Górze z kolei wygrałam jednym głosem, więc ten mechanizm „jednego głosu” jakoś mi towarzyszy.
Wracając do festiwali czy przeglądów teatralnych. Teatr Norwida od lat taki organizuje. Przed nami 53. Jeleniogórskie Spotkania Teatralne. To również był pomysł Aliny Obidniak. Jej zamysłem było sprowadzanie do Jeleniej Góry spektakli z całej Polski. Pokazanie bogactwa i różnorodności współczesnego teatru w jednym czasie i w jednym miejscu. Dziś stoją przed nami wyzwania organizacyjne. Niektóre wybrane przez nas tytuły były wcześniej zakontraktowane na wyjazdy do innych miejsc.
Co do funkcjonowania w ogólnopolskim obiegu teatralnym. Wierzę, że za chwilę zostaniemy zauważeni i nadpiszemy historię na nowo. Zawsze byłam niepoprawną optymistką i tego będę się trzymać.
Odległość z pewnością ma znaczenie. Żeby dotrzeć do Jeleniej Góry, trzeba najpierw dojechać do Wrocławia, a później pokonać kolejny odcinek. Mówię także o recenzentach i osobach z branży.
Tak. I tu można byłoby mnożyć różne historie i spierać się, czy Jelenia Góra jest na początku czy na końcu Polski.
Przed nami 53. Jeleniogórskie Spotkania Teatralne. To również był pomysł Aliny Obidniak. Jej zamysłem było sprowadzanie do Jeleniej Góry spektakli z całej Polski. Pokazanie bogactwa i różnorodności współczesnego teatru w jednym czasie i w jednym miejscu. Dziś stoją przed nami wyzwania organizacyjne
Przed Wami jest jednak kolejne duże wyzwanie – remont teatru. Mówiło się o kwocie ok. 15 mln zł. Prace już się rozpoczęły czy dopiero ruszą?
To jest projekt rozpisany na cztery lata. Mówimy o dofinansowaniu z programu FEnIKS i projekcie pod nazwą „Poprawa atrakcyjności Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze”.
Okazało się, że projekt otrzymał dofinansowanie spod tzw. kreski, po odwołaniu. Dowiedziałam się o tym w październiku, już po objęciu stanowiska dyrektorki. Całość opiewa na 15 mln zł i będzie realizowana przez cztery lata.
To bardzo rozbudowany projekt. Obecnie jesteśmy na etapie zakupów oraz przygotowywania przetargów na oświetlenie i nagłośnienie Sceny Studyjnej. W zakres prac wchodzi również zamontowanie kraty technicznej, na której pojawi się specjalistyczne oświetlenie.
Wydawałoby się, że w wakacje teatr ma spokojniejszy czas, ale w przypadku Teatru Norwida zupełnie tak nie jest. Mamy ogromną ilość dokumentacji, papierologii i pracy związanej z przygotowaniem całej inwestycji.
Za chwilę ruszą kolejne przetargi. Sam remont planujemy rozpocząć w maju przyszłego roku. Chcielibyśmy zakończyć najważniejszą część prac pod koniec roku.
Remont będzie prowadzony głównie na zewnątrz budynku. Będziemy wykonywać odwodnienie piwnic, częściowo wymieniać stolarkę okienną i odnawiać elewację, dach i zabytkowe wieżyczki.
Bo teatr mieści się w zabytkowym budynku.
Tak. Budynek powstał w 1904 r. i jest objęty ochroną konserwatorską. Jest przepiękny. To ogromny budynek, ma cudowną Salę Myśliwską wyłożoną oryginalną boazerią. Zawsze ją pokazuję gościom, bo większość osób nie ma pojęcia, że w tym budynku znajduje się taka, unikatowa przestrzeń.
Co w pracy dyrektorki sprawia Ci największy kłopot? Co jest największym wyzwaniem związanym z zarządzaniem teatrem?
Największym wyzwaniem dyrektora – nawet niekoniecznie dyrektorki – jest chyba to, że na tym szczycie zarządczym ostatecznie zostaje się samotnym.
Co to znaczy?
Chodzi o te wszystkie trudne, nieoczywiste decyzje, które na samym końcu trzeba podjąć samodzielnie. Dla mnie to przede wszystkim decyzje dotyczące finansów. Jest to ważny temat, który mnie martwi, ponieważ czuję ogromną odpowiedzialność za swoich pracowników. Jestem odpowiedzialna za blisko 50 osób, za ich pracę, a w pewnym sensie również za ich życie prywatne.
Mamy pracowników etatowych, ale też osoby zatrudnione na umowach zlecenia. W ten sposób pracują z nami m.in. graficzka czy osoby związane z realizacją projektów.
Z drugiej strony od siedemnastu lat pracuję z ludźmi i zarządzam różnymi zespołami, więc pewne rzeczy już mnie nie przerażają. Mam doświadczenie i potrafię podejmować decyzje. Najtrudniejsze są chyba te momenty, kiedy jestem najzwyczajniej w świecie zmęczona i marzę, żeby ktoś przyniósł mi kawę i powiedział: „Idź się wyśpij. Jutro jest nowy dzień, wrócimy do tego rano”.
Co chcesz sobie udowodnić tą pracą? Mam wrażenie, że postawiłaś przed sobą jakieś bardzo osobiste wyzwanie.
Tak? Może rzeczywiście trochę tak jest. Lubię wyzwania, lubię się rozwijać, kocham pracę w kulturze, w każdym braku staram się widzieć szansę. Jestem pod tym względem trochę nieszablonowa.
Dla objęcia tej dyrekcji bardzo wiele poświęciłaś. Całkowicie zmieniłaś swoje życie, przeprowadziłaś się i zamieniłaś wielką aglomerację na Jelenią Górę.
Wiesz, jak w Jeleniej Górze jest pięknie?
Jest pięknie, ale była to ogromna zmiana.
Myślę, że widoki na góry spokojnie konkurują z widokiem, który mamy tutaj, w Warszawie.
Jako osoba, która kocha góry, zdecydowanie to potwierdzam.
Czy próbuję coś sobie udowodnić? Chyba nie. Po prostu nie umiem zmienić siebie. Myślę raczej, że odnalazłam się w pracy, która jest społecznie ważna.
Dla mnie bardzo istotny jest moment po spektaklu. Mam poczucie, że poprzez teatr możemy opowiadać o wielu sytuacjach, z którymi dzisiaj mierzymy się jako społeczeństwo i jako pojedynczy ludzie. Możemy mówić o rzeczach, które poruszają i wzruszają.
Spektakl „Jest tylko jedna” ma taką siłę oddziaływania na widownię, że jedni wychodzą ze ściśniętym gardłem, inni mają łzy w oczach, a jeszcze inni potrafią się po przedstawieniu przytulić, tak bardzo są przejęci.
Czasami robię sobie takie doświadczenie, że siadam na murku przed teatrem. Często tam siedzę.
Obserwujesz reakcje widzów?
Tak. Czasami idę pobiegać albo skaczę na skakance. Potem siadam na tym murku i patrzę, jak ludzie wychodzą ze spektaklu. Słucham, jak o nim rozmawiają.
Dziś widzę, że poprzez teatr możemy przeciwdziałać osamotnieniu. Możemy pobudzać ludzi do myślenia. Możemy pokazywać im, że historie, które im się przydarzają, nie dotyczą wyłącznie ich. Że inni ludzie także przeżywają podobne sytuacje.
Największym wyzwaniem dyrektora – nawet niekoniecznie dyrektorki – jest chyba to, że na tym szczycie zarządczym ostatecznie zostaje się samotnym
Poruszyłaś temat idei teatru. W rozmowie z portalem Teatralny.pl mówiłaś m.in. o funkcji terapeutycznej. Co Twoim zdaniem teatr powinien mówić dzisiaj? Co jest obecnie najważniejsze do powiedzenia?
Wymyśliłam sobie teatr oparty na wartościach. Mam wrażenie, że gdzieś zatraciliśmy wartości, zasady i morale. Wielokrotnie się w tym pogubiliśmy i nadal nie potrafimy tego wszystkiego na nowo poukładać.
Dla mnie ważne jest, żeby o tym mówić, ale również pokazywać, co te zmiany przynoszą dobrego, a co złego. Każda zmiana ma przecież dwa oblicza i otwiera przed nami różne możliwości.
Zadawałam sobie pytanie, co sama chciałabym usłyszeć od takiego teatru. Rozmawiałam również z kolegami, koleżankami i przyjaciółmi. Pytałam ich, czego potrzebują. Myślę, że powoli zaczynamy na te potrzeby odpowiadać. Być może właśnie stąd bierze się rosnąca frekwencja.
Wróćmy jeszcze na moment do wyzwań, bo trochę zostawiliśmy ten temat. Jednym z nich są finanse. Teatru nie da się budować bez odpowiedniej dotacji podmiotowej, a to wymaga ścisłej współpracy z Urzędem Miasta, który jest organizatorem instytucji. Czujesz wsparcie ze strony miasta?
Myślę, że tak. Sytuacja finansowa całego miasta jest dosyć trudna, ale wydaje mi się, że samorząd rozumie, w jakiej sytuacji znajduje się teatr. Wiem, że tak jest, i widzę, że Miasto Jelenia Góra stara się wspierać nas w takim zakresie, w jakim obecnie może.
Nie wyobrażam sobie jednak, że nagle otworzy się jakiś worek i wysypią się z niego pieniądze. Skoro przez wiele lat tych środków nie było wystarczająco dużo, to teraz raczej nie nastąpi żadna gwałtowna zmiana. Zakładam, że dotacja będzie sukcesywnie podnoszona. Nad tym pracujemy i o tym rozmawiamy.
Będziecie również starać się o środki z programów Ministerstwa Kultury?
Tak. W tym roku otrzymaliśmy dwa granty. Pierwszy na 43. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych. Otrzymaliśmy 180 tys. zł z Ministerstwa Kultury i kolejne 150 tys. z Miasta Jelenia Góra. Dzięki temu festiwal, oczywiście w nieco ograniczonej formie, mógł się odbyć.
Drugi grant otrzymaliśmy na 53. Jeleniogórskie Spotkania Teatralne, z rezerwy ministra. Napisałam do Ministerstwa prośbę o możliwość dofinansowania naszego wniosku i ostatecznie dostaliśmy pieniądze z rezerwy. Otrzymaliśmy 150 tys. zł. Dzięki temu tegoroczny festiwal będzie miał większy budżet niż w poprzednich latach.
FEnIKS to z kolei osobna, ogromna machina. Teraz przygotowuję się jeszcze do aplikowania o środki norweskie i do współpracy z partnerem z Islandii.
Z teatrem dziecięcym czy narodowym? Bo tam jest kilka instytucji.
Nie, najprawdopodobniej będziemy współpracować z biblioteką. Chcemy poprowadzić ten projekt w innym kontekście, przede wszystkim słowa i literatury.
Podejrzewam zresztą, że gdybyśmy pozyskali jeszcze więcej projektów, mogłaby się już skończyć nasza przepustowość organizacyjna i administracyjna. Trzeba mieć również możliwości, żeby wszystkie te działania dobrze zrealizować i rozliczyć.
Skoro jesteśmy przy tej przepustowości organizacyjno-administracyjnej, powiedz, czy w ciągu pierwszego roku zmieniałaś coś w zespole technicznym i aktorskim?
Właśnie jestem na tym etapie. Kilka dni temu rozrysowałam nową strukturę organizacyjną teatru.
Pozwalasz sobie teraz ułożyć ją na nowo?
Musimy to zrobić. Po przepracowaniu całego sezonu mogłam zobaczyć, gdzie pewne rzeczy da się poukładać inaczej.
Nie jestem zwolenniczką wprowadzania gwałtownych zmian od razu po wejściu do instytucji. Takie działania najczęściej kończą się niepowodzeniem, ponieważ dopóki nie jest się częścią danej struktury, trudno naprawdę ocenić, co działa, co nie działa i dlaczego funkcjonuje w określony sposób.
Dałam sobie czas, żeby się temu wszystkiemu przyjrzeć. Teraz, po sezonie, mogę już rozrysować strukturę od nowa i wskazać miejsca, które wymagają zmian.
A zespół aktorski?
Trochę się zmniejszył, ale część tych zmian wynikała z naturalnych sytuacji życiowych i zawodowych.
Jedna z aktorek urodziła synka, więc musieliśmy bardzo szybko znaleźć zastępstwo. Z jedną osobą się pożegnaliśmy, jeden z aktorów przeszedł na emeryturę. Obecnie mamy trzynaścioro osób w zespole aktorskim zatrudnionych na etatach.
Przy „Schronisku, które przestało istnieć” musieliśmy posiłkować się aktorami gościnnymi, ponieważ zabrakło nam w zespole mężczyzn do obsadzenia wszystkich ról. Jednemu z nich zaproponowaliśmy etat od nowego sezonu. Są to więc raczej naturalne zmiany, które zachodzą w każdej organizacji.
Czy masz pomysł, żeby teatr grał nie tylko weekendowo, ale również regularnie w tygodniu? Dotąd funkcjonowaliście przede wszystkim w rytmie piątek, sobota, niedziela, a w pozostałe dni teatr właściwie nie grał.
Bardzo baliśmy się czwartków. Właściwie nie tyle ja, ile dział marketingu i organizacji widowni miał duże obawy, czy mieszkanki i mieszkańcy będą chcieli przychodzić do teatru w ten dzień. Zaczęliśmy jednak grać w czwartki i okazało się, że to działa.
Czwartek jest wyjątkowym dniem, ponieważ kierujemy tę ofertę przede wszystkim do mieszkańców Jeleniej Góry. Bilet jest wtedy tańszy i kosztuje 40 zł.
Oczywiście widownia trochę bardziej rozkłada się między poszczególne dni. Kiedy gramy w czwartek, bywa nieco mniej osób w piątek albo sobotę, ale sumarycznie liczba widzów jest większa.
Rozmawiamy także o wprowadzeniu jeszcze jednego dnia grania, ale chcielibyśmy przeznaczyć go specjalnie dla studentów.
Nasza widownia jest bardzo duża. Tak jak rozmawiałyśmy wcześniej, razem z dwoma balkonami mamy ok. 460 miejsc.
To robi wrażenie.
Robi, bo to jest chyba nawet więcej niż w niektórych teatrach w Warszawie. Pamiętam jeden z ostatnich spektakli „1984”, na którym mieliśmy ok. 190 osób na widowni. Aktorzy zeszli potem ze sceny trochę zmartwieni, że widownia nie była pełna.
Powiedziałam im: „Słuchajcie, przecież było 190 osób”. Wiele teatrów w Polsce ma widownie mieszczące 180 albo 190 osób, więc przy takiej liczbie mieliby komplet.
Nie jest to widownia, którą łatwo zapełnić, szczególnie biorąc pod uwagę wielkość miasta.
Jelenia Góra ma ok. 74 tys. mieszkańców.
Trzeba więc patrzeć na te liczby proporcjonalnie.
Tak, ale dziewczyny z działu marketingu i organizacji widowni bardzo mocno pracują również nad docieraniem do mieszkańców okolicznych miast, które nie mają własnego teatru. To m.in. mój rodzinny Bolesławiec. Przyjeżdżają do nas również widzowie z innych miejscowości w regionie.
Coraz większą grupę stanowią turyści. Trzeba pamiętać, że w Cieplicach działa uzdrowisko, więc przebywa tam wiele osób, które podczas pobytu szukają także oferty kulturalnej.
Sytuacja finansowa całego miasta jest dosyć trudna, ale wydaje mi się, że samorząd rozumie, w jakiej sytuacji znajduje się teatr
Czy masz pomysł na to, jak przyciągnąć do teatru szkoły i młodych widzów?
Takim spektaklem jest na pewno „1984”. Widać, że szkoły zaczęły na niego przychodzić. Gramy również przedstawienia o godzinie 10.00 specjalnie dla grup szkolnych.
Ostatnio nawet trochę opóźniliśmy rozpoczęcie spektaklu, ponieważ jedna ze szkół nie zdążyła na czas. Poczekaliśmy kilka minut, żeby uczniowie mogli wejść i żeby cała grupa obejrzała przedstawienie.
To bardzo dobry spektakl dla młodzieży. Po przedstawieniu aktorzy chętnie zostają, rozmawiają z uczniami, opowiadają o pracy i dyskutują z nimi o książce oraz o tematach poruszonych na scenie.
To bardzo dobry pomysł.
Szkoły rzeczywiście przychodzą. Duże znaczenie ma to, że możemy proponować im spektakle oparte na lekturach, ale również na książkach, które młodzi ludzie czytają. Tak jest chociażby w przypadku twórczości Sławka Gortycha. Dzięki temu te przedstawienia stają się im bliższe, a jednocześnie poruszają bardzo uniwersalne tematy.
Skoro jesteśmy przy widowni, chciałabym zapytać, czy przez ten rok udało Ci się zmienić jej przyzwyczajenia. Przez wiele lat widzowie kojarzyli teatr przede wszystkim z repertuarem komediowym. Czy udało Ci się przesunąć myślenie o tej scenie w stronę teatru ambitniejszego, podejmującego tematy związane z czterema wartościami, o których mówiłaś w swoim programie? Liczby zdają się to potwierdzać.
Myślę, że widownia czekała na taki teatr. Wielokrotnie słyszałam, że mieszkańcy Jeleniej Góry jeździli do Wałbrzycha albo do Legnicy, żeby oglądać tamtejsze spektakle. To znaczy, że byli spragnieni innego repertuaru.
Pokazywało to również powodzenie festiwalu Pestka, organizowanego przez Jeleniogórskie Centrum Kultury i Łukasza Dudę. Od lat prezentowano tam teatr offowy, nazwijmy go ambitniejszym, i te propozycje spotykały się z bardzo dużym zainteresowaniem widzów. Myślę więc, że Jelenia Góra była na tę zmianę gotowa.
Czego można Ci życzyć na nadchodzący sezon?
Przede wszystkim chciałabym, żeby sytuacja finansowa teatru stała się bardziej przewidywalna. Marzę o tym, żeby udało się tak ułożyć budżet, abym mogła trochę spokojniej spać.
Życzyłabym sobie również życzliwości twórców, którzy będą chcieli do nas przyjeżdżać i których nie przerazi to, że Jelenia Góra leży daleko. Chciałabym, żebyśmy potrafili wpisać się w ich kalendarze i żeby znaleźli czas na pracę z naszym zespołem.
Marzy mi się także, żebyśmy pojawili się na którymś z festiwali. Może na Konkursie „Klasyka Żywa”, a może na innym ważnym wydarzeniu teatralnym. Chciałabym, żebyśmy zostali zaproszeni i żeby udało się przypomnieć o Teatrze Norwida jako o scenie, która przed laty była obecna w ogólnopolskim obiegu festiwalowym.
„Dziś moje spektakle są silnie i precyzyjnie zakomponowane na każdym poziomie”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.