Premierą opery „Così fan tutte” Wolfganga Amadeusza Mozarta Warszawska Opera Kameralna zainaugurowała XXXV Festiwal Mozartowski w Warszawie. Reżyser i autor inscenizacji Paweł Szkotak oraz pozostali artyści przygotowali najnowszą wersję tej popularnej opery buffa ze szczególną wnikliwością, chcąc uhonorować jubileusz 65-lecia działalności Opery Kameralnej.
Mozartowska klasyka, subtelność i nowoczesna forma, połączone z elegancją oraz odrobiną rewii, tworzą interesującą kompilację. Konwencja komediowej frywolności zbliża się tu ku grotesce z filozoficznym zacięciem, a reżyser — w melodyce o niepowtarzalnym wdzięku, w mistrzowsko scharakteryzowanych postaciach, ariach, duetach i ansamblach — wraz ze śpiewakami poszukuje indywidualnego stylu, nie rezygnując z wyjątkowej, genialnej inwencji kompozytora. W „Così fan tutte” pozór błahości i intryga podważająca naszą wiarę w trwałość uczuć ustępują miejsca poważnej refleksji nad sposobem budowania relacji.
Opera Mozarta oparła się weryfikującej próbie czasu, a poruszane w niej problemy nie tracą na aktualności, ponieważ kondycja psychofizyczna człowieka pozostaje niezmienna, ze swymi przywarami, śmiesznostkami, ale i potrzebami — by kochać, być kochanym i szanowanym.
W operowym spektaklu pojawiają się liczne współczesne odniesienia, eksponowane zwłaszcza w ubarwianiu akcji scenicznej. Jednak, przyznaję, czasem jest w niej zbyt dużo dosłowności, która burzy intrygującą umowność postaci. Kameralność obsady pomaga w skupieniu i budowaniu wiarygodnych portretów psychologicznych bohaterów, a soliści podkreślają prostotę linii melodycznej połączonej z wytwornością i harmonijną grą aktorską.
W udanym charakteryzowaniu postaci wyróżnia się Teresa Marut jako Despina — groteskowa, ale wokalnie bardzo dobra. Sopranistka ze swobodą, z przymrużeniem oka, uśmiechem albo grymasem rozpaczy bawi się rolą — i widzem — a mimo to pozostaje naturalna. Pewność siebie i pewność śpiewu czerpie z wypracowanej techniki oraz doświadczenia.
Wyrażanie zróżnicowanych uczuć w muzycznych frazach wymaga znakomitej techniki i wypracowanego warsztatu, którego nie brakuje również Katarzynie Szymkowiak jako Dorabelli. Mezzosopranistka profesjonalnie radzi sobie z dźwiękami w wyższym rejestrze, by równie gładko i swobodnie przejść w odcień zbliżony do ciepłego altu.
Teresa Orłowska jako Fiordiligi podkreśla humorystyczne fragmenty z delikatnością, mocniej uderzając w momentach bliskich dramatycznym. W pianissimo brzmi równie zmysłowo jak we fragmentach mniej lirycznych.
Tenor Łukasz Kózka w partii Ferranda mocnym, głębokim głosem konsekwentnie buduje postać zakochanego, a momentami — mniej lub bardziej zabawnie — wariującego z rozpaczy młodzieńca.
Hubert Zapiór jako Guglielmo wyczuwa teatralność scen i ich groteskowość, barytonem podkreślając lekką, zabawną formę, ale i treści bliższe dramma giocoso.
Artur Janda w roli Don Alfonsa z dystansem i wyczuciem buduje śpiewem wiarygodny wizerunek bohatera, a gestem i mimiką uzupełnia niejednoznaczność tej postaci. To nie ten sam intrygant co w innych inscenizacjach — bardziej tragikomiczny, cyniczny niż karykaturalny.
We wszystkich indywidualnych interpretacjach doceniam precyzję intonacji, wypracowaną dynamikę oraz nienaganną dykcję, które czynią spektakl jeszcze smakowitszym.
Towarzyszący solistom chór jest naprawdę bardzo dobry i świetnie radzi sobie ze słodyczą detalu zawartego w spójnej kompozycji. Pomaga mu dyrygent Adam Banaszak, który wraz z Orkiestrą Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej prowadzi widzów od liryzmu, smutku i spokojniejszego dramatyzmu poprzez szaloną energię i płynną, zmienną ekspresję. Przewrotność całości oraz grę pozorów Mozart podkreśla w warstwie muzycznej poprzez zmienne tonacje. W swojej operze, nawet w najbardziej nastrojowych partiach, zachowuje ład i jednolitość postawy estetycznej, co dobrze akcentuje maestro Adam Banaszak.
Tancerze stylowo i klasycznie, momentami żartobliwie, innym razem nowocześnie, z temperamentem i bez obaw przed estetycznym przerysowaniem oddają zamysł reżysera oraz emocje ukryte w partyturze.
Szkotak łamie utarte schematy inscenizacyjne, także w sferze oprawy scenograficznej, za którą odpowiada Mariusz Napierała, i idzie własną drogą. Uniwersalność poruszanych tematów podkreślają współczesne kostiumy Sylwestra Krupińskiego, pomagające widzom w odczytywaniu refleksji ubranej w szatę gorzkiej parodii, choć miejscami być może zbyt nachalnej.
Połączenie rubaszności i humoru z tragikomizmem, łotrostwa z tkliwością, zmysłowości z subtelnym obrazem bogactwa ludzkich charakterów znajduje pełne odzwierciedlenie w muzyce Mozarta. Jego geniusz przekłada na język dźwięków wszelkie odcienie ludzkich uczuć i zawiłości damsko-męskich relacji, pozostających aktualnymi również dzisiaj.
Warszawska Opera Kameralna