Byli aktorzy, których oglądało się z podziwem. Byli też tacy, których się po prostu pamięta. Zofia Kucówna należała do tej rzadkiej grupy artystek, które zostawiały po sobie coś więcej niż role. Zostawiała ton głosu, sposób mówienia, rodzaj skupienia, spojrzenie pełne uwagi wobec drugiego człowieka. I zostawiała słowa — nie tylko te wypowiadane ze sceny, ale także zapisane w książkach.
Dzisiaj obchodziłaby urodziny.
Kiedy myślę o Zofii Kucównie, wracają przede wszystkim teatralne spotkania. Nie te wielkie legendy, które znamy z historii Teatru Narodowego Adama Hanuszkiewicza, lecz role późniejsze, dojrzalsze, oglądane już z perspektywy widza świadomego, że obcuje z aktorką wyjątkową. Pamiętam ją z „Letycji i lubczyku” Petera Shaffera we Współczesnym. Była tam precyzyjna, ironiczna, a jednocześnie rozczulająco ludzka. Nie grała śmieszności swojej bohaterki — wydobywała z niej samotność i potrzebę zachowania świata, który powoli przestawał istnieć. Miała dar budowania postaci od środka, z niezwykłą prostotą i precyzją.
Potem był „Kwartet” Ronalda Harwooda. Spektakl o starości aktorów łatwo mógłby zamienić się w sentymentalny obrazek, ale Kucówna nie pozwalała na tanie wzruszenia. Jej Jean Horton miała godność ludzi sceny starej daty — takich, którzy nawet w cierpieniu zachowują dyscyplinę i poczucie humoru. Podobne wrażenie pozostawiła we mnie w „Naszym mieście” Thorntona Wildera i „Bambini di Praga” Bohumila Hrabala. Im była starsza, tym mniej potrzebowała aktorskich ozdobników. Wystarczała obecność.
Była także znakomita w Teatrze Telewizji. Do dziś pamiętam jej chłodną elegancję w „Madame de Sade” Yukio Mishimy i świetnie wyczuty komizm w „Rozbitym dzbanie” Heinricha von Kleista. Przed kamerą była równie przekonująca jak na scenie. Nie musiała podnosić głosu ani wykonywać dużych gestów. Wystarczył drobny ruch, pauza, lekko zmieniona intonacja.
A jednak z czasem coraz ważniejsze stały się dla mnie jej książki.
Najpierw były „Zdarzenia potoczne”, potem „Zatrzymać czas”. Czytałem je z rosnącym zdumieniem, bo okazywało się, że Kucówna pisze tak, jak grała — mądrze, dyskretnie i bez fałszu. Nie było tam ekshibicjonizmu, tak modnego dziś w autobiografiach ludzi teatru. Nie było rozliczeń, tanich sensacji ani celebryckiego odsłaniania kulis. Była za to uważność wobec świata i pamięć o szczegółach. Zapachach. Dźwiękach. Ludzkich gestach.
Potrafiła pisać o przemijaniu bez goryczy. O starzeniu się bez pretensji do świata. O wojnie, teatrze, miłości i samotności językiem niezwykle eleganckim, a jednocześnie bardzo osobistym. Miała literacki słuch. Czytając jej wspomnienia, odnosiłem momentami wrażenie, że obcuję nie z książką aktorki, lecz rasowej pisarki.
Mam też poczucie, że wraz z jej odejściem kończy się pewien sposób myślenia o teatrze i o zawodzie aktora. Dla Kucówny scena nie była wyłącznie miejscem pracy. Była zobowiązaniem wobec widza, języka i drugiego człowieka.
W czasach przesytu emocji szczególnie brakuje dziś ludzi takich jak ona — spokojnych, skupionych, umiejących słuchać i ważyć słowa.
I może właśnie dlatego warto do niej wracać. Nie tylko do dawnych spektakli i telewizyjnych archiwów, ale również do książek. Tam Zofia Kucówna nadal mówi swoim charakterystycznym, ciepłym głosem. Nadal zatrzymuje czas.