Dryfując przez pamięć
O spektaklu „DRIFT … to the tunnel at the end of light” w reż. Yoshiko Waki, Anny Piotrowskiej i René Haustein w Teatrze Rozbark pisze Adam Kamiński.
fot. Jola Staszczyk




O spektaklu „DRIFT … to the tunnel at the end of light” w reż. Yoshiko Waki, Anny Piotrowskiej i René Haustein w Teatrze Rozbark pisze Adam Kamiński.
fot. Jola Staszczyk
Yoshiko Waki — choreografka, performerka i współtwórczyni kolektywu bodytalk — traktuje choreografię jako narzędzie diagnozowania rzeczywistości. Nie jest to już „taniec współczesny” w klasycznym rozumieniu, ale też nie do końca teatr dokumentalny, performans polityczny czy sztuka społeczna.
Wywodząc się z kręgu Johanna Kresnika — wielkiego wizjonera i twórcy politycznego teatru tańca — Waki przejęła od niego przekonanie, że ciało na scenie nigdy nie jest neutralne. W jej przedstawieniach ciało funkcjonuje jako nośnik przemocy społecznej, pamięci historycznej i politycznych napięć. Ruch nie służy tu harmonii ani formalnej doskonałości. Jest specyficznym gestem oporu, czasem wręcz rozpadem choreografii rozumianej tradycyjnie.
To, co najbardziej uderza w działaniach kolektywu bodytalk, to konsekwentne unikanie estetyzacji. Spektakle bywają celowo chaotyczne, agresywne, momentami przeciążone nadmiarem znaków i komunikatów. Jest to jednak strategia świadoma: widz ma zostać wytrącony z pozycji bezpiecznego obserwatora.
Artystka wykorzystuje lokalne konteksty społeczne. Projekty realizowane w Polsce, Niemczech czy Izraelu nie są eksportem gotowej estetyki, lecz próbą wejścia w konkretny kontekst społeczny.
Ruch nie traci autonomii i nie staje się jedynie ilustracją tez politycznych. Jest natomiast sposobem produkowania wiedzy o świecie. Waki kontynuuje tradycję europejskiego teatru politycznego, ale jednocześnie przesuwa ją w stronę działań partycypacyjnych i lokalnego aktywizmu. Szczególnie wyraźne było to we współpracy z Polskim Teatrem Tańca czy Teatrem Rozbark, gdzie ciało performerów stawało się medium rozmowy o tożsamości, nacjonalizmie i społecznych podziałach Europy Środkowo-Wschodniej.
Twórczość Yoshiko Waki pokazuje jednak coś fundamentalnego: że taniec może być narzędziem krytycznego myślenia o świecie. I być może właśnie dlatego jej spektakle częściej prowokują, niż zachwycają, ale trudno przejść obok nich obojętnie.
Są miejsca, które nie przestają pracować nawet wtedy, gdy zostają opuszczone. Kopalnia jest jednym z nich. W jej ścianach pozostaje rytm. Nawet kiedy milkną maszyny, przestrzeń nadal wykonuje swoją niewidzialną pracę pamięci. Teatr Rozbark jest właśnie takim miejscem. Dawna kopalnia nie została tutaj jedynie przekształcona w instytucję kultury. Ona nadal wydobywa. Tyle że nie węgiel. Dziś wydobywa ruch, echo i obecność.
Przedstawienie „DRIFT … to the tunnel at the end of light” kolektywu bodytalk i Teatru Rozbark nie opowiada historii górnictwa. To raczej zejście w głąb samej idei wydobycia. Spektakl pyta bowiem nie o to, co zostało utracone, ale o to, co pozostaje po utracie. Co dzieje się z miejscem, kiedy jego pierwotny sens zanika? Co dzieje się z ciałem, kiedy znika praca organizująca jego rytm?
Górnictwo było wspólnym zejściem pod ziemię, wspólnym ryzykiem i wspólnym ciężarem. Dzisiejszy świat produkuje natomiast ciała dryfujące. Samotne. Rozproszone. Pozbawione centrum.
W spektaklu ciało nie tańczy już w klasycznym sensie. Ono błądzi. Szuka punktu ciężkości w przestrzeni, która utraciła swoją funkcję. Performerzy przypominają duchy dawnej produkcji. Ich ruch jest czasem mechaniczny, czasem spowolniony, czasem rozpadający się w bezwładzie. Zachwycają nie tylko techniką, ale przede wszystkim sceniczną odwagą i intensywnością obecności. Z imponującą swobodą przechodzą od perfekcyjnych sekwencji z hula-hop i akrobatycznej precyzji do surowej, emocjonalnej ekspresji ruchu.
Ważne jest również to, że twórcy nie budują nostalgicznej opowieści o Śląsku. Nostalgia byłaby zbyt łatwa. „DRIFT” nie chce ratować przeszłości. Chce raczej wejść w ciemność po jej zniknięciu.
Dlatego tak mocno wybrzmiewają w spektaklu figury widmowe — szkielety, szczury, duchy i tunele. Kopalnia zawsze była przestrzenią graniczną: pomiędzy życiem i śmiercią, światłem i ciemnością, powierzchnią i wnętrzem ziemi. Górnik schodzący pod ziemię przypominał kogoś przekraczającego granicę światów.
Nowoczesność obiecywała światło: postęp, rozwój, wzrost i technologię. Tymczasem spektakl sugeruje, że po drugiej stronie tej obietnicy znajduje się kolejny tunel — kolejna ciemność. Transformacja nie prowadzi do wyzwolenia. Prowadzi do następnego etapu dryfowania.
Ironiczne zdanie o „Bytom Coins” brzmi szczególnie przejmująco. Kapitalizm cyfrowy zastępuje materialne wydobycie wydobyciem abstrakcyjnym: danych, informacji, uwagi i obrazów. Dawne kopalnie zamieniają się w centra kultury, a dawna praca fizyczna w produkcję symbolicznego kapitału. Jednak logika eksploatacji pozostaje ta sama. Zmienia się jedynie surowiec.
W tym świecie choreografia staje się poszukiwaniem rytmów, które jeszcze nie zanikły całkowicie.
Być może właśnie dlatego koncepcja „ciała industrialnego”, przywoływana przez Annę Piotrowską, jest tak ważna. Ciało industrialne to ciało pamiętające ciężar. Ciało ukształtowane przez pracę, przez powtarzalność, zmęczenie i zbiorowy rytm produkcji. Nawet kiedy produkcja znika, ciało nadal nosi jej ślady.
Teatr w Rozbarku nie próbuje tych śladów wymazać. Przeciwnie — utrzymuje przestrzeń „w ruchu”. To piękna i radykalna idea. Ruch staje się tutaj formą oporu wobec zaniku. Dopóki ciało się porusza, miejsce nie umiera całkowicie.
Projekcje Svena Stratmanna tworzą współczesną mitologię postindustrialnej przestrzeni. Artysta kreuje obrazy, które nie próbują dominować sceny, lecz subtelnie ją nawiedzają. Pojawiające się duchy, demony, rozedrgane cienie i migotliwe struktury wizualne sprawiają wrażenie, jakby teatr sam zaczynał pamiętać swoją przeszłość. Widz doświadcza obecności czegoś nieuchwytnego. Obrazy pojawiają się niczym ślady dawnych historii zapisanych w murach Rozbarku. To bardzo trafne artystycznie rozwiązanie.
Finał z utworem Joy Division „New Dawn Fades” oraz pojawienie się tancerzy w kolorowych kostiumach przełamuje melancholię. Spektakl nie daje łatwego pocieszenia, ale pozostawia widza z poczuciem, że mimo ciemności nadal można iść dalej. Dryf trwa — i być może właśnie w nim ukryta jest nadzieja.
„Jestem od strojenia min. A ostatnio okazało się, że całkiem nieźle wychodzi mi również prowadzenie teatru. Robienie polityki nigdy mnie nie interesowało”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.