Spektakl „Sprawa Davida Frankfurtera” w reżyserii Marcina Wierzchowskiego to jedno z tych przedstawień, które mierzą się nie tyle z historią, ile z jej długim cieniem – obecnym w pamięci, tożsamości i relacjach międzyludzkich. To teatr ambitny, gęsty i poruszający, choć niepozbawiony wad.
Punktem wyjścia jest tutaj historia dwóch chłopców: 17-letniego Konrada i jego rówieśnika Wolfganga. Pierwszy dorasta zafascynowany rodzinną historią, naznaczoną katastrofą statku „Wilhelm Gustloff”, zatopionego przez Sowietów w 1945 roku, na pokładzie którego znajdowała się jego ocalała z katastrofy babcia, Tulla (znakomita rola Marzeny Nieczui-Urbańskiej). Uwaga chłopca ogniskuje się jednak głównie na postaci samego patrona jednostki i geście Davida Frankfurtera – chorwackiego Żyda, który w akcie protestu przeciw nazizmowi zastrzelił oficera NSDAP, czyniąc go w oczach III Rzeszy męczennikiem. Jego poglądy stopniowo radykalizują się w kierunku skrajnej prawicy, czego owocem staje się założenie forum o charakterze faszystowskim. W ten sposób poznaje Wolfganga, który za swojego bohatera obrał Davida Frankfurtera i postanowił przejść na judaizm.
Inspiracją dla twórców jest powieść Güntera Grassa „Idąc rakiem”, jednak Wierzchowski wraz z dramaturgami – Maciejem Bogdańskim i Piotrem Pacześniakiem – nie dokonują bezpośredniej adaptacji. Opierając się na postaciach i głównych motywach powieści, traktują ją jako punkt wyjścia. Wierzchowski pozostaje wierny swojej metodzie pracy opartej na wielogodzinnych improwizacjach aktorskich. Dzięki temu spektakl zyskuje autentyczność i psychologiczną wiarygodność. Ma charakter kolektywnej wypowiedzi, w której aktorzy nie tylko kreują postaci, ale współtworzą dramaturgię. Dialogi brzmią naturalnie, a postaci nie są jedynie nośnikami idei, lecz pełnokrwistymi ludźmi uwikłanymi w historię.
Oglądamy dwie rodziny – państwa Pokriefke i Stremplin, rodziców sprawcy i ofiary, którzy próbują zrozumieć, co doprowadziło do tragedii z 20 kwietnia 1997 roku, gdy – w rocznicę urodzin Hitlera – jeden chłopiec zabił drugiego. W tej bardzo rozbudowanej, wręcz serialowej części przedstawienia twórcy drobiazgowo budują kontekst radykalizacji młodych bohaterów. Widzimy proces przymuszania ich do woli dorosłych: od małego wtłaczany Konradowi przez babkę Tullę kult „Gustloffa” oraz opresyjne lekcje „męskości”, które Wolfgangowi serwuje ojciec. To wiwisekcja rodzinnych napięć, zaniedbań i emocjonalnych deficytów, które stworzyły podatny grunt dla radykalizacji.
Akcja rozgrywa się w przestrzeni przypominającej sądowy korytarz (scenografia Joanny Załęskiej okazuje się niezwykle funkcjonalna i symboliczna). Dzięki prostym, ale przemyślanym rozwiązaniom przestrzeń płynnie przekształca się w domy bohaterów, a niekiedy symbolicznie rozpada się na dwie części, umożliwiając równoległe prowadzenie scen. Jednym z najciekawszych zabiegów reżyserskich jest montaż scen prowadzonych „na zakładkę”. Poszczególne sytuacje przenikają się, nadając spektaklowi rytm i napięcie przypominające filmową narrację.
Narrację, która nie jest prowadzona linearnie, tworzy przeplatanie się teraźniejszości z powrotami do młodości i dzieciństwa rodziców bohaterów, a nawet z katastrofą „Gustloffa”. Twórcy splatają losy postaci, rekonstruują fragmenty biografii i zestawiają różne perspektywy. Historia nie jest tu zamkniętą opowieścią, lecz procesem – żywym, niejednoznacznym, wciąż na nowo interpretowanym. Reżysera interesuje przede wszystkim to, co po niej zostaje: jej echo, napięcia, pęknięcia i emocjonalne dziedzictwo przekazywane z pokolenia na pokolenie. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że gdyby ograniczyć mnogość wątków, historia ta poruszałaby jeszcze bardziej.
W drugiej części spektaklu przenosimy się do czasów II wojny światowej i dramatycznych prób ewakuacji z Gdańska przed nadciągającą Armią Czerwoną. Towarzyszymy młodej Tulli i jej rodzinie w staraniach o zdobycie miejsca na pokładzie „Wilhelma Gustloffa”. Ten historyczny przeskok pozwala dopowiedzieć i pogłębić kontekst pierwszej części – zrozumieć motywacje, hardość i nieustępliwość bohaterki. Drugi akt spektaklu jest bardziej skoncentrowany, gęstszy dramaturgicznie, wyraźnie mocniejszy emocjonalnie i mniej rozproszony, a jednak przy tym dość spłyca historyczne sensy.
„Sprawa…” to spektakl oparty przede wszystkim na mocnych, wyrazistych kreacjach męskich. Na pierwszy plan wysuwa się Jakob Stremplin w interpretacji Macieja Konopińskiego – postać dynamiczna, impulsywna, wielokrotnie nadająca rytm scenom i podnosząca ich temperaturę. Interesującym kontrapunktem jest Paul Pokriefke, kreowany przez Marka Tyndę (w podwójnej roli – w drugim akcie tworzy postać prostodusznego Augusta) – bohater bierny, zagubiony w codzienności i własnych ograniczeniach. Ciekawie wypadają debiutujący studenci szkół aktorskich w rolach nastolatków. Błażej Szymański jest w pełni wiarygodny jako Wolfgang, buduje postać z dużą precyzją. Nieco słabiej prezentuje się Kuba Dyniewicz w roli Konrada, choć aktor zdecydowanie lepiej odnajduje się jako Moritz w scenach historycznych.
Reżyser znakomicie radzi sobie z utrzymaniem uwagi i budowaniem wyrazistych, zapadających w pamięć scen. To teatr narracyjny o dużej sile oddziaływania – bez epatowania efektami, lecz konsekwentnie prowadzący widza przez kolejne warstwy pamięci i doświadczenia. Na uwagę zasługuje scenografia Joanny Załęskiej – dynamiczna i sugestywna, potrafiąca przejść od realistycznych przestrzeni do niemal postapokaliptycznych obrazów. Muzyka Marty Zalewskiej nie dominuje, ale precyzyjnie podkreśla emocje. Całość dopełniają trafnie dobrane kostiumy Pauli Grocholskiej.
„Sprawa Davida Frankfurtera” to spektakl o dużej skali – zarówno tematycznej, jak i formalnej. To teatr gęsty, wymagający, momentami przytłaczający, ale zarazem poruszający i konsekwentny w swojej wizji. Taki, który zostaje z widzem na długo, nie oferując łatwych odpowiedzi, lecz zmuszając do stawiania trudnych pytań o historię, tożsamość i moralny ciężar ocalenia.
Teatr Wybrzeże