Usłyszałam niedawno, że „Amadeusz” Petera Shaffera to teatr dla wyższych sfer. Tytuł, na który przychodzi się w eleganckim garniturze, żeby posłuchać muzyki Mozarta i przez dwie godziny obcować z elegancką historią kompozytorów w perukach.
To uproszczona interpretacja. Pozwala potraktować tę opowieść jak muzealny eksponat – ładnie opakowany, odległy i bezpieczny. Odległy od dzisiejszego świata.
Tyle że dramat Shaffera nie jest ani salonowy, ani aspiracyjny. Jest historią znacznie bardziej niewygodną. Opowiada o świecie, który nie potrafi zaakceptować talentu wtedy, gdy talent nie chce podporządkować się regułom. Mozart Shaffera jest kimś niepokornym, czasem irytującym. I właśnie dlatego tak bardzo drażni tych, którzy chcieliby sprowadzić tę historię do zapisu dworskich intryg z muzyką w tle.
Co więcej, w gruncie rzeczy nie jest to opowieść o Mozarcie. Jej bohaterem pozostaje Antonio Salieri. To on opowiada tę historię i to jego spojrzenie nadaje jej kształt. Można wręcz powiedzieć, że dramat Shaffera wpisuje się w długą tradycję czarnej legendy włoskiego kompozytora. Według niej zazdrosny Salieri miał doprowadzić do śmierci genialnego rywala. Ta legenda nie narodziła się jednak u Shaffera. Jej literackim źródłem był dramat Aleksandra Puszkina „Mozart i Salieri”, a później także opera Nikołaja Rimskiego-Korsakowa pod tym samym tytułem. Shaffer korzysta z tej tradycji świadomie. Buduje wyraźny kontrast: z jednej strony solidny rzemieślnik sztuki, z drugiej – niezrozumiany geniusz. Historia obu kompozytorów była jednak bardziej złożona. Tym ciekawsze staje się pytanie, dlaczego właśnie ta opowieść o zazdrości przetrwała tak długo i tak łatwo wraca na scenę.
I wraca nie tylko dlatego, że dobrze brzmi. Wraca dlatego, że jest wygodna. Salieri nadaje się idealnie na winnego. Mozart nadaje się na ofiarę. Publiczność lubi takie porządki. Lubi, kiedy wszystko da się poskładać w formę moralitetu. Tymczasem Shaffer pisze dramat oparty na legendzie, plotce i zbiorowej potrzebie uproszczenia. Nie interesuje go prawda historyczna. Interesuje go prawda psychologiczna. To, co dzieje się z człowiekiem, który rozpoznaje wielkość, ale sam nie ma do niej dostępu. W tym sensie „Amadeusz” jest sztuką okrutną. Nie dlatego, że opowiada o śmierci Mozarta. Dlatego, że opowiada o poniżeniu człowieka wobec cudzego daru.
Inscenizacja Anny Wieczur pokazuje ten mechanizm z dużą konsekwencją. Spektakl powstał pierwotnie w warszawskim Teatrze Dramatycznym, a dziś – w zmienionej obsadzie – prezentowany jest w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. Zachowana została jednak cała koncepcja reżyserska i wizualna przedstawienia.
Wieczur od początku stawia na skalę. Wie, że ta historia domaga się nadmiaru, kontrastu i widowiskowości.
Przedstawienie przygotowano z rozmachem. Budżet produkcji – bliski milionowi złotych – od początku wzbudzał emocje. W tym przypadku widać jednak wyraźnie, gdzie te środki zostały wykorzystane. Widać je w scenografii Maksa Maca, w dopracowanych kostiumach Martyny Kander i w liczebności zespołu muzycznego.
Na scenie obecna jest orkiestra licząca trzydziestu ośmiu muzyków oraz dziewiętnastoosobowy chór. Muzyka Mozarta wykonywana jest na żywo i staje się jednym z najważniejszych elementów spektaklu. Czasem wręcz przejmuje władzę nad sceną. I bardzo dobrze. Bo właśnie wtedy najlepiej widać, o co w tej historii chodzi. O zderzenie świata małych ambicji z czymś, czego nie da się ani ujarzmić, ani zagadać.
W lubelskiej obsadzie Mozart grany przez Wiktora Piechowskiego nie jest tak rozbuchany, tak ekscentryczny i rozchichotany jak Marcin Hycnar w warszawskiej premierze. Jego bohater wydaje się bardziej skupiony, chwilami powściągliwy. Taki Mozart mniej kokietuje widownię. Mniej jest błaznem, bardziej człowiekiem stale wystawionym na ocenę. Przez to staje się też mniej efektowny, ale chwilami bardziej przejmujący.
Salieri w interpretacji Dariusza Bereskiego prowadzi tę historię jak osobiste wyznanie. Nie jest demonicznym intrygantem. Bereski nie idzie w łatwą teatralną pozę. Nie robi z Salieriego potwora. Gra raczej człowieka obrażonego przez los. Człowieka, który wierzył w porządek, pracę i zasługę, a potem odkrył, że talent nie podlega tym regułom. W tej roli jest żal, upokorzenie i coś jeszcze – potrzeba, żeby własną klęskę opowiedzieć tak, aby zabrzmiała jak moralna racja.
Ważna jest również dynamika tej realizacji. Całość prowadzona jest bez dłużyzn i niepotrzebnych zatrzymań. Dopiero w drugiej części przedstawienia ujawnia się jednak z pełną siłą dramaturgiczna oś tej historii. Wtedy opowieść przestaje być anegdotą o kompozytorach, a zaczyna mówić o konflikcie między artystą a światem, który próbuje narzucać mu własne reguły. Pierwsza część ustawia relacje. Druga pokazuje cenę.
I właśnie tutaj pojawia się źródło nieporozumienia. Łatwo uznać „Amadeusza” za spektakl dla eleganckiej publiczności. Na scenie pojawiają się orkiestra, chór, rokokowe kostiumy i muzyka Mozarta. To wszystko sprawia wrażenie widowiska o szczególnej randze. Łatwo więc pomylić skalę z elitarnością. Łatwo uznać, że skoro przedstawienie korzysta z języka opery i świadomie odwołuje się do wysokiego stylu, to musi być przeznaczone dla wtajemniczonych.
To błąd. „Amadeusz” nie jest teatrem dla wyższych sfer. Jest przedstawieniem, które łączy tradycyjny teatr dramatyczny z elementami operowymi. I właśnie dzięki temu z historii, która mogłaby pozostać tylko elegancką opowieścią o Mozarcie i Salierim, powstaje teatr dla wszystkich.
Najlepsze w tej realizacji jest jednak to, że nie próbuje udawać czegoś bardziej wyrafinowanego. Nie zasłania się nazwiskiem Mozarta. Bierze znaną legendę i robi z niej opowieść o zawiści, upokorzeniu i lęku przed cudzą wielkością. A to są już sprawy nie salonowe, lecz powszechne.
Centrum Spotkań Kultur