Na deskach Dużej Sceny Teatru Baj Pomorski pojawiło się… Monstrum! Miało nadejść już przed rokiem, ale chyba wystraszyło się zła tego świata i postanowiło zaczekać na lepsze czasy. Skoro te nie nastały – „zgodziło się” jednak zostać powołanym do życia i oto jest! Oczekiwane przez publiczność 15+, dla której przez ostatnie lata brakowało nowej i tak wielotorowej propozycji w repertuarze toruńskiej sceny lalek i formy.
Zbigniew Lisowski w swym scenariuszu lokuje historię stworzenia „nadczłowieka” w czasach pierwszej katastrofy klimatycznej w 1816 roku w Szwajcarii, gdy lato było wyjątkowo deszczowe i chłodne, po potężnej erupcji wulkanu Tambora na wyspie Sumbawa w Indonezji. To wówczas w głowie 19-letniej Mary Wollstonecraft Shelley zrodził się pomysł na powieść grozy o tragicznej historii naukowca-filozofa Wiktora Frankensteina, usiłującego rozwikłać zagadkę śmierci. Ponadczasowy charakter tej opowieści, z groźbą końca świata i wojen otaczających Europę w neutralnej Szwajcarii, znajduje, wydawałoby się, cichą przystań, w której animalna strona ludzkiej natury osiąga swe uobecnienie.
Nie katastrofizm i historiozoficzny pesymizm są w spektaklu Lisowskiego jednak najważniejsze, gdyż Frankenstein – reportaż stanowi przede wszystkim historię o dojmującej samotności, o potrzebie miłości, o budzeniu się zła, ale także jest historią aktu tworzenia – zarówno potwora, jak i samego spektaklu. Stąd konstytuuje go punkowo-przebojowy Narrator (heroicznie anarchistyczny Rafał Przytocki) – postać wyraźnie adresowana do młodzieży, która krótkimi spięciami zarówno wprowadzi publiczność w galimatias pierwszego aktu, jak też chętnym widzom wskaże miejsca w lożach ulokowanych na samej scenie.
W dramatyczno-żartobliwej konwencji reportażu poznajemy okoliczności akcji i kolejne postaci: Ojca Wiktora (Jacek Pysiak) i jego żonę Karolinę (Edyta Soboczyńska), Baronową de Krüdener w dwóch osobach (Edyta Soboczyńska i Edyta Łukaszewicz-Lisowska), Dziadka (Andrzej Korkuz), oraz obserwujemy poród samego Wiktora (Jakub Durniat), który kroczy za chwilę po scenie animując uroczą tintamareskę o mocno zaburzonych proporcjach. Sceną przede wszystkim mocno rządzi forma: wśród celowo krzywo pozbijanych elementów białej scenografii aktorki i aktorzy w olśniewających kostiumach i maskach autorstwa Dariusza Panasa prześcigają się w swych etiudach, dwoją się i troją w formalnym ruchu scenicznym (Adrian Wilk) i wychodzą z ról.
Tymczasem widzów przytłaczają nieco projekcje multimedialne (Przemysław Żmiejko), wyświetlane na ekranie, suficie i ścianach, jak i niepokoi muzyka skomponowana przez Jana Gembalę. Ambientowe dźwięki, które nie są jedynie tłem, lecz bijącym rytmem serca spektaklu, współgrają z uderzaniem w struny zdezelowanego Pianinofonu przez stale obecnego na proscenium Anioła (Anna Chudek-Niczewska animująca arcypiękną marionetkę autorstwa Rafała Budnika). Konwencja reportażowa przejawia się stopniowo – poprzez ponowne wychodzenie z ról, tworzenie Monstrum (Jakub Durniat) z pomocą widzów i drugie wcielenie Wiktora (Jacek Pysiak). Nawarstwienie i nagromadzenie bodźców sprawia, iż pierwszy akt mija bardzo szybko, niczym w spektaklach Punch Mamy czy Pawła Aignera.
Po antrakcie w toruńskim spektaklu czuć już wyraźnie ducha Teatru Wierszalin Piotra Tomaszuka: w charakterystycznie gęstym nasyceniu muzyką, śpiewem i formą. Dzięki zawieszeniu opozycji rzeczywistość–fikcja, prawda–zmyślenie, życie–literatura, Zbigniew Lisowski, jako scenarzysta i reżyser Frankensteina, za pomocą tekstu i formy dotyka wielu, a może nawet zbyt wielu drażliwych kwestii – zarówno w sensie historycznym, jak i moralnym. W halucynogennym transie podczas sceny szpitala dla obłąkanych „latają” krzesła, Wiktora atakuje wielki pająk (niczym w teledysku Lullaby grupy The Cure), a sam potwór Franki nie rozumie aktualnych okoliczności i wzbudza przerażenie w napotkanych ludziach.
W epilogu narracja zmierza w stronę ewaluacji polityczno-moralnego moralitetu, w którym bardzo mocnym akcentem pozostaje dialog Ojca z synem Monstrum prowadzony na podeście w tyle widowni. Autor podkreśla w nim samotność w relacji rodzinnej i odrzucenie przez społeczeństwo z powodu inności. Silnie i przejmująco wybrzmiewa również finałowy monolog Baronowej II (Edyta Łukaszewicz-Lisowska) pomiędzy rzędami foteli, która wieszczy koniec Europy, jeśli się nie opamiętamy budując mury na granicach. Szkoda, że tak ważkie słowa scenarzysta–reżyser pozostawił na sam koniec spektaklu, gdy percepcja nie tylko nastoletnich widzów jest po dwóch godzinach skupienia na zagęszczonym tekście mocno wystawiona na próbę.
Zespół Teatru Baj Pomorski, mimo siedmiu ostatnich lat grania tylko dla dzieci, arcypięknie odnalazł się w stylistyce gry teatru dramatycznego i konwencji horroru. Na szczególne uznanie zasługują Panie: energetyczna Iga Bancewicz-Chojęta w roli Elżbiety, Anna Chudek-Niczewska jako Anioł i Narrator (aż trudno oderwać wzrok, choć odseparowana od głównego planu – ciągle jest na pierwszym) oraz obie Baronowe (absolutnie nieokiełznana Edyta Soboczyńska – pióra z jej kostiumu fruwają po pierwszych rzędach – oraz mefistofelicznie porażająca Edyta Łukaszewicz-Lisowska). Wśród aktorów szczególnie warto zwrócić uwagę na przejmującą kreację Monstrum Jakuba Durniata oraz wymagającą i awangardową rolę Rafała Przytockiego jako Narratora spektaklu.
Zbigniew Lisowski w charakterystyczny dla siebie sposób stworzył w Teatrze Baj Pomorski w Toruniu widowisko dla młodzieży i dorosłych wielce efektowne i spektakularnie nawarstwione. Choć niełatwe w odbiorze, jest pełne przenikliwych etiud, monologów oraz wątków. Warto spróbować obejrzeć to przedstawienie z różnych miejsc na widowni i także w lożach umiejscowionych na scenie, by móc w pełni ogarnąć artystyczną wizję autora.
Teatr Baj Pomorski