Pisząc o „Magicznej ranie” w Teatrze Studio, łatwo wpaść w pułapkę opowieści o „teatrze Masłowskiej”: o języku, klasach, grotesce, kapitalizmie i wielkiej metaforze rany, która się nie goi. Od premiery 19 grudnia w zeszłym roku spektakl doczekał się wielu omówień i interpretacji – najczęściej bardzo pochlebnych. Być może dlatego warto przyjrzeć mu się z nieco innej perspektywy. Chciałbym spojrzeć na to przedstawienie nie tyle jako na diagnozę społeczną ani jako na próbę wierności wobec prozy Doroty Masłowskiej, ile jako na konstrukcję napięcia – i jego… braku.
Pierwsza część przedstawienia wydała mi się zaskakująco zachowawcza. Owszem, spektakl ma klarowną strukturę wizualną – ruchomą, chłodną przestrzeń, konsekwentną estetykę i rytm scen przerywanych powrotami Damianka i Wujka. Ale miałem poczucie, że spektakl dopiero „opowiada o sobie”, zamiast naprawdę się wydarzać. Jakby twórcy zbyt długo ustawiali figury na planszy, celebrując strukturę i koncept. Dramaturgia jest poprawna, lecz mało ryzykowna. Sceny nie dialogują ze sobą ani się nie konfrontują, lecz pozostają ustawione obok siebie, bez wewnętrznego spięcia. Czułem dystans – intelektualny porządek, który nie dopuszczał pęknięcia.
Dopiero druga część przyniosła prawdziwe przesunięcie. Kiedy ciężar zaczął spoczywać na konkretnych ciałach i głosach, przedstawienie nabrało temperatury. Sekwencja piekarni i finałowa historia Gabi nie są już tylko ilustracją „systemu”, lecz studium wstydu. I tu, moim zdaniem, tkwi najmocniejszy punkt tej realizacji: nie w ironii, nie w satyrze, lecz w analizie mechanizmów upokorzenia.
Maja Pankiewicz buduje Gabi nie jako figurę klasową, ale jako organizm w stanie przeciążenia. Jej napięte ciało, urywane frazy, momenty zawahania – to nie są efekty językowej wirtuozerii, lecz precyzyjna partytura rozpadu. W tej roli znika groteska. Zostaje nagi lęk przed byciem nieadekwatną – uczucie tak uniwersalne, że widz sam zaczyna mierzyć się z własnym poczuciem niedopasowania i wstydu. To jedna z nielicznych chwil, gdy scena nie komentuje rzeczywistości, lecz ją przeżywa.
W ogóle aktorstwo kobiet w tym spektaklu jest szczególnie warte podkreślenia. Dominika Biernat udanie wciela się w postać Karoliny, kobiety zmagającej się z napięciami w związku i mechanizmami codziennej autokreacji. Ewelina Żak wspaniale potrafi w jednej scenie przejść od ironicznej figury do postaci boleśnie kruchej. Sonia Roszczuk buduje postaci z niewielkich gestów i subtelnych środków, z wyraźnym podskórnym napięciem. To właśnie aktorki nadają tej inscenizacji głębię, której momentami brakuje w reżyserskiej wizji.
Mam wrażenie, że spektakl jest najmocniejszy wtedy, gdy przestaje „adaptować Masłowską”, a zaczyna badać relację między widzem a czyimś wstydem. Gdy porzuca bezpieczny rytm groteski i pozwala, by zapadła cisza. W pierwszej części tej ciszy niemal nie ma – wszystko jest zagrane, podane, domknięte. W drugiej – pojawia się rysa.
To przedstawienie rozpięte między precyzją konstrukcji a brakiem wewnętrznego żaru. Jakby druga część była zapowiedzią spektaklu odważniejszego, bardziej skupionego, mniej rozproszonego efektami. Szkoda, że całość nie utrzymuje tej temperatury – że pierwsza część nie ryzykuje równie mocno, co finał.
Nie wychodziłem z teatru z poczuciem „wielkiego wydarzenia sezonu”. Raczej z myślą, że zobaczyłem spektakl, który dopiero pod koniec naprawdę zaczyna oddychać. I że gdyby ten oddech pojawił się wcześniej, mielibyśmy do czynienia z przedstawieniem nie tylko sprawnym i momentami znakomitym aktorsko, lecz naprawdę poruszającym.
Teatr Studio