Mówisz „Portret Doriana Graya” — myślisz o dekadenckim thrillerze w gustownych wnętrzach. Oglądając najnowszą premierę w Teatrze Nowym Proxima, wiesz, że intuicja Cię nie zawiodła. To nadal ponadczasowa historia o estetyce zła. Tylko dlaczego w tekstach zapowiadających spektakl pisze się o historii przeniesionej do XXI wieku, skoro — poza kilkoma gadżetami — została ona wystawiona bardzo, bardzo „klasycznie”?
Pierwsza część spektaklu skupia się na erotycznym trójkącie, który tworzą: Gray (Jakub Ormaniec), Basil Hallward (Bartosz Rułka) oraz Lord Henry Wotton (Artur Wójcik). Wątek homoseksualny, ocenzurowany w późniejszej wersji tekstu przez samego Oscara Wilde‘a, rozgrywa się głównie w sferze sugestywnych spojrzeń, aluzji i mowy ciała. Wszystko odbywa się w eklektycznym wnętrzu, nieco przypominającym styl założonej przez Ettore Sottsass Grupy Memphis (za scenografię i kostiumy odpowiada Łukasz Błażejewski). Z trójki dandysów najlepiej wypadł Henry. Jego postać lawirowała gdzieś pomiędzy autoironicznym przegięciem a arystokratyczną manierą, co — w połączeniu z lekkością poruszania się po scenie (mimo słusznej postury) — przykuwało uwagę widza.
Z kolei Gray został pomyślany jako rozkapryszony dzieciak-milioner, być może geniusz IT bądź youtuber, któremu towarzyszy cybernetyczny pupil Unitree Go2. Nie ma w sobie nic z „wyższych sfer” — eleganckie, wysublimowane stroje są dla niego bardziej ekstrawaganckim „skin’em” z gry niż prawdziwym ubraniem. Basil, na bazie algorytmów AI, tworzy cyfrowy portret Graya, który od tej pory będzie przyjmował egzystencjalne ciosy, chroniąc tym samym „kod źródłowy”, na podstawie którego został powołany do „życia”. To tyle, jeśli chodzi o skrupulatnie zapowiadaną przez sam teatr nowoczesność spektaklu.
W opisie przedstawienia czytamy: „Autorska muzyka i teksty przenoszą klasyczną historię Doriana Graya w realia XXI wieku: epoki mediów społecznościowych, biohackingu, medycyny estetycznej, sztucznej inteligencji i cyfrowych wizerunków. Spektakl jest o algorytmach piękna, normach estetycznych tworzonych przez technologię, statystyki i kulturę wizualną”. Spieszę z wyjaśnieniem: nie, nie jest. Poza wymienionymi elementami cała reszta spektaklu bazuje na tradycyjnych środkach teatralnych i w ogóle nie roztrząsa tych kwestii, nie wplata ich w tkankę przedstawienia. Oczywiście nie ma w tym nic złego. Zastanawiam się jedynie, po co tworzyć ułudę ekstraordynaryjnej odkrywczości w odczytaniu tekstu Wilde’a, skoro niczego takiego tu nie znajdziemy. Naprawdę jest po bożemu.
Na tle panów dużo lepiej wypadają kobiety. Do najciekawszych należą przede wszystkim Sybil Vane (Alicja Bednarz) oraz Lady Wotton (Agnieszka Murawska). Obie wykorzystują swoje umiejętności w zupełnie różnych rejestrach: pierwsza — efemeryczna, druga — świadomie używająca cielesności jako środka do celu. Sceny z ich udziałem należą do najciekawszych w całym przedstawieniu.
Wspominając o osobach aktorskich tworzących obsadę „Doriana Graya”, trzeba zaznaczyć, że składa się ona z absolwentów utworzonego całkiem niedawno Wydziału Aktorskiego Uniwersytet Andrzeja Frycza Modrzewskiego w Krakowie. Szansę występu na deskach Teatru Nowego Proxima stworzył im reżyser i ich szkolny opiekun — Piotr Sieklucki.
Ponieważ mamy do czynienia z ludźmi stawiającymi pierwsze kroki w zawodowym aktorstwie, dajmy im nieco taryfy ulgowej. W tym kontekście można zrozumieć nierówność niektórych scen oraz dramaturgiczne luki, nie zawsze wypełnione odpowiednią dawką psychologii postaci. Zdecydowanie lepiej aktorsko wypadały sceny zbiorowe (zwłaszcza taneczno-oniryczna w podejrzanej spelunie).
Tego, czego jednak nie da się do końca obronić, to piosenki. W tym aspekcie mieliśmy do czynienia z prawdziwą sinusoidą. Mniej więcej jedna trzecia śpiewanych utworów niosła ze sobą pokłady emocji. Widać było w nich pomysł zarówno na wykonanie, jak i świadomość tego, po co i w jakim kontekście są śpiewane (tu znów na pierwszy plan wybija się Lord Henry i jego oda do młodości). Pozostałe dwie trzecie wykonawców niestety nie dowiozły warsztatowo. Nie chcąc nikomu podcinać skrzydeł, nie wymienię, o kogo chodzi. Oni wiedzą — na pewno czuli to już w trakcie. Wierzę, że jeszcze nad tym popracują.
Pod koniec spektaklu akcja gwałtownie przyspiesza. Na cyfrowym wizerunku Graya zaczynają pojawiać się plamy i dziury. Przypominają trochę odrywające się fragmenty skóry Terminatora. Jednak w przeciwieństwie do niego nie będzie żadnego „I’ll be back”, bo wirtualne alter ego Doriana nigdzie się nie wybiera. Portretu nie da się zniszczyć — będzie istniał już zawsze w cyberprzestrzeni. Pozostaje strzelić sobie w łeb, co też główny bohater ostatecznie czyni w ustronnym miejscu.
Na tle innych realizacji Teatru Nowego Proxima „Dorian Gray” nie wypada spektakularnie. Dobrze jednak, że tworzy się przestrzeń dla młodych. Zwłaszcza że kilkoro z nich naprawdę może jeszcze w teatrze namieszać. Nawet jeśli znowu trzeba będzie śpiewać.
Teatr Nowy Proxima