Dziś mija rocznica urodzin Krzysztofa Chamca, aktora, którego pamiętam przede wszystkim z ekranów telewizorów i kinowych sal, a nie z teatralnych desek. Choć jego ścieżki sceniczne były bogate i różnorodne, to właśnie telewizja i film uczyniły go bliskim wielu widzom w całej Polsce. Jego obecność na ekranie była natychmiast rozpoznawalna – wyniosła, pewna siebie, a zarazem pełna subtelnego ciepła, które sprawiało, że nawet postaci mundurowe czy dyplomaci wydawały się ludźmi z krwi i kości, a nie sztywnymi figurami z historii.
Chamiec był mistrzem ról pełnych dystynkcji i klasy. W Teatrze Telewizji wcielał się w postaci zarówno literackie, jak i współczesne, często w kryminalnych i sensacyjnych spektaklach, jak choćby w „Jak błyskawica” czy cyklu „Akcja V” Jerzego Janickiego. Jego inspektor Clayton czy Schroder były nie tylko odtworzone z teatralnym rzemiosłem, ale także nasycone naturalną autentycznością – widz mógł uwierzyć, że Chamiec naprawdę zna zasady śledztwa, reaguje w napięciu i skupieniu, jakby stawką były prawdziwe ludzkie losy.
Nie sposób zapomnieć jego telewizyjnych interpretacji klasyki literatury. Ks. Robak w „Panu Tadeuszu” w reżyserii Hanuszkiewicza czy Kanclerz w „Balladynie” Olgi Lipińskiej – każda rola była dowodem na to, że Chamiec potrafił wnieść do ekranowej formy pełnię scenicznej energii, nie tracąc kontaktu z widzem. Nie stawiał teatru telewizji poniżej sceny teatralnej – dla niego każde medium było źródłem emocji i sposobem na przekazanie prawdy o postaci.
Na dużym ekranie często grał role historyczne, arystokratów, oficerów i ludzi władzy. Ale to nie sam mundur czy tytuł czyniły go wyjątkowym – Chamiec wnosił do każdej postaci elegancję, wyrafinowany gest, subtelny uśmiech czy spojrzenie, które mówiło więcej niż dialog. Nawet w rolach drugoplanowych potrafił przyciągnąć uwagę i zostawić niezatarte wrażenie. Jego hrabiowie, pułkownicy, prokuratorzy czy dyplomaci nie byli szablonami – byli namacalnymi postaciami, których losy mogły dziać się naprawdę, tu i teraz.
W filmie Gwiezdny pył Chamiec stworzył pamiętną kreację Dziada, kontrapunktującą energię Igi Cembrzyńskiej. Ich postaci wprowadzały do fabuły zarówno lekkość, jak i melancholijną refleksję, a Chamiec pokazał w tej roli, że potrafi balansować między humorem a powagą, nadając nawet fantastycznej historii niezwykłą wiarygodność i emocjonalną głębię.
Wspominając Krzysztofa Chamca, myślę o aktorze, który nie potrzebował przesadnej ekspresji, by zostać zapamiętanym. Jego siła tkwiła w dyskrecji, w pewności siebie i w tym, że każda postać – czy to w filmie, czy w telewizyjnym teatrze – zyskiwała dzięki niemu wyraźny rys charakteru. Dziś, po latach, można odtworzyć jego role i wciąż odkrywać w nich coś nowego – subtelność gestu, dojrzałą melancholię, ironię życia.
Chamiec był jednym z tych aktorów, którzy w telewizji sprawiali, że każdy wieczór stawał się chwilą spotkania z prawdziwą sztuką – zawsze pełną życia i wyrazu. I właśnie dlatego, choć nie pamiętam go ze sceny, jego obecność na ekranie pozostaje niezapomniana.