Nie mam pewności, czy widziałem Mieczysława Voita na żywo. Pamięć widza bywa zawodna, a teatr – jak wiadomo – nie zostawia śladów materialnych, tylko ślady w pamięci. Jeśli nawet siedziałem kiedyś na widowni, gdy był na scenie, to dziś nie potrafię tego momentu oddzielić od innych obrazów. Jest jednak coś, czego jestem pewien: Voit przyszedł do mnie przez Teatr Telewizji i film. I to spotkanie okazało się na tyle silne, że z czasem zacząłem myśleć o nim jak o aktorze „pierwszego kontaktu” z klasyką, z wielką literaturą, z rolą mówioną.
Dla mojego pokolenia – i dla kilku kolejnych – Voit był głosem. Głosem o idealnie wyważonej temperaturze: nigdy krzykliwym, nigdy zimnym. Głosem, który niósł tekst, ale nad nim nie dominował. W Teatrze Telewizji, w spektaklach radiowych, w filmach zawsze miałem wrażenie, że to aktor, który ufa słowu. Nie musi go „grać”, nie musi go objaśniać. Wystarczy, że je wypowie.
Z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, jak bardzo Voit należał do tradycji aktorstwa formy: dykcji, frazy, pauzy, rytmu. A jednocześnie – i to paradoks – nie był aktorem skostniałym. Jego role rzadko bywały martwymi figurami. Nawet gdy grał arystokratów, duchownych, intelektualistów czy władców, zawsze było w nich pęknięcie: ironia, sceptycyzm, czasem melancholia. Jakby każda postać wiedziała, że jej pozycja jest tylko chwilowa, że świat już się od niej oddala.
W filmie zapamiętałem go przede wszystkim jako aktora wewnętrznego napięcia. Ksiądz Suryn z Matki Joanny od Aniołów – rola wybitna, ale też pułapka: mogła go zamknąć w jednym emploi. A jednak Voit potrafił iść dalej. Występował w kinie historycznym, psychologicznym, popularnym i serialowym. Był obecny w kulturze masowej, ale nigdy się w niej nie rozpłynął. Nawet w rolach epizodycznych zostawiał ślad – charakterystyczny tembr, spojrzenie, lekko uniesioną brew – ten trudny do opisania dystans wobec świata, który sprawiał, że postać zdawała się więcej wiedzieć niż pozostali.
Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, jak konsekwentna była jego droga aktorska, widziana nie ze sceny, lecz z ekranu. Teatr Telewizji stał się dla Voita przestrzenią szczególną: miejscem, w którym doświadczenie Teatru Rapsodycznego – szkoły słowa i etosu – spotykało się z ironią i konstrukcyjną precyzją wyniesioną ze współpracy z Dejmkiem. W realizacjach lat siedemdziesiątych coraz wyraźniej było widać, jak swobodnie porusza się między klasyką a nowoczesnym dramatem, między powagą a groteską. Role takie jak Wielki Inkwizytor w Don Carlosie, Sieriebriakow w Wujaszku Wani czy postacie z dramatów Mrożka pokazywały aktora, który potrafi wydobyć pęknięcie formy – moment, w którym patos zaczyna ironicznie odsłaniać własną kruchość.
Myślę, że to właśnie dlatego Voit tak dobrze „działa” w zapisie telewizyjnym. Kamera lubi aktorów, którzy nie grają na efekt, tylko na sens. A on sens zawsze miał pod kontrolą. W Teatrze Telewizji był jednym z tych artystów, którzy tworzyli jego rangę – sprawiali, że poniedziałkowy wieczór stawał się wydarzeniem kulturowym, nie tylko emisją spektaklu.
Jest w tej biografii coś jeszcze, co dziś wydaje mi się ważne: jego obecność w czasie stanu wojennego, recytacje w kościołach, spotkania poetyckie, teatr drugiego obiegu. To była konsekwencja tej samej postawy – wiary w słowo jako przestrzeń wolności. Voit nie był aktorem krzyku ani manifestu. Był aktorem sensu i ciągłości.
Być może dlatego Mieczysław Voit pozostaje jednym z najważniejszych aktorów epoki Teatru Telewizji – epoki, w której teatr uczył widza słuchać. Dziś, gdy słowo bywa zagłuszane obrazem, jego role wracają jak przypomnienie, że teatr zaczyna się od sensu.
A to, w teatrze, znaczy bardzo wiele.