Mimo że mamy dopiero styczeń, matka grana przez Dorotę Pomykałę już teraz może śmiało pretendować do roli sezonu. Sposób, w jaki aktorka prowadzi tę postać, wywołuje u widza tak szeroką gamę emocji, że po zakończeniu spektaklu długo nie można się pozbierać. To trochę jak rozmowa z bliską osobą chorą na demencję – mieszanka uśmiechu i łez. Im bardziej matka popada w dziecięcość, im bardziej staje się bezbronna, tym bliższa nam się wydaje: jej twarz, gesty, sposób bycia. Jedna z legend Starego Teatru może dzięki temu spektaklowi zaprezentować pełen wachlarz swoich umiejętności.
Najbliższym towarzyszem podróży matki przez pustynię i puszczę staje się Staś. Najmłodszy syn, nieco wbrew własnej woli, wchodzi w narzuconą przez okoliczności rolę, lecz z czasem zaczyna się w niej odnajdywać. Z pomocą ekscentrycznej psychotraumatolożki na NFZ (przezabawna w tej roli Dorota Segda) odkrywa, że świat matki może być dla niego nie przeszkodą, lecz okazją do odnalezienia samego siebie. Warto przy tym zwrócić uwagę, że to członek rodziny zostaje objęty pomocą psychologiczną – główna poszkodowana już nie. To wiele mówi o systemie opieki zdrowotnej, który bohaterowie kilkukrotnie celnie wyszydzają ze sceny.
Staś jako jedyny singiel w tym gronie zostaje obdarzony wizjami (wiadomo: będąc w związku, nikt nie ma czasu na epifanie). W onirycznej rzeczywistości bierze udział w obradach uroczej w swojej śmieszności Ligi Morskiej i Kolonialnej – to nie żart, taka organizacja rzeczywiście istniała w dwudziestoleciu międzywojennym. Jej członkowie snują marzenia o Wielkiej Polsce i zamorskich terytoriach, posiłkując się cytatami z Sienkiewicza. Postkolonializm sienkiewiczowski był już przedmiotem wielu analiz, toteż Domalewski nie wyważa otwartych drzwi, lecz używa groteski, by rozbroić bombę, zanim ktokolwiek zdąży pomyśleć o jej odpaleniu. To zręczne wybrnięcie z tematu, który nie jest przecież osią spektaklu.
W jednej z rozmów Stasia z Gustawem pojawia się temat zmiany pieluch matce. Dla starszego brata – pragmatyka – to normalna kolej rzeczy. Dla młodszego temat tabu, który porównuje do filmowego cięcia: para kochanków zaczyna się całować, a w następnej scenie budzi się razem rano. Cała reszta zostaje w pozaekranowym domyśle. Takie właśnie zaczyna być życie – i ewentualna śmierć – matki. Jej „pozaekranowość”, wypisanie się z realnego świata, paradoksalnie jeszcze mocniej go uwypukla i wysuwa na pierwszy plan.
Rodzeństwo przeplata zabawne dialogi i rozmowy z Nel kłótniami o podział majątku po matce oraz o sposób sprawowania nad nią opieki. Fikcja stworzona na potrzeby kontaktu z chorą kobietą raz po raz zostaje przecięta brutalną rzeczywistością i zupełnie przyziemnymi sprawami. Kontrast, na którym opiera się spektakl, pozwala widzom z jednej strony w pełni zrozumieć sytuację rodzeństwa, z drugiej zaś z czułością i wzruszeniem towarzyszyć Nel w jej „podróżach”.
Od czasu premiery „Pewnego długiego dnia” nie było w Starym Teatrze tak dobrego psychologicznie spektaklu. To nie jest przedstawienie o „W pustyni i w puszczy”. Równie dobrze – na potrzeby nakreślenia potrzebnych reżyserowi kontekstów – matka mogłaby zanurzyć się w dowolnej innej lekturze.
Swoją drogą, jeśli już tracić zmysły, to najlepiej, przenosząc się na karty ulubionej książki, jak główna bohaterka spektaklu. Po części jest to także opowieść o sile literatury i światach, które tworzymy w umyśle podczas czytania – światach, które zostają z nami na zawsze. Na dobre i na złe.
Narodowy Stary Teatr