Istnienie pozaekranowe
O “Zamknij oczy Nel. W pustyni i w puszczy – epilog” wg tekstu i w reż. Piotra Domalewskiego w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, pisze Piotr Gaszczyński.
fot. HaWa/NST
HAWA




O “Zamknij oczy Nel. W pustyni i w puszczy – epilog” wg tekstu i w reż. Piotra Domalewskiego w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, pisze Piotr Gaszczyński.
fot. HaWa/NST
HAWA
„Zamknij oczy, Nel. W pustyni i w puszczy – epilog” to ponad trzygodzinny spektakl pełny emocjonalnych napięć, świetnie poprowadzonych postaci oraz sytuacyjnego humoru (momentami przesadnego). Debiutujący na teatralnych deskach Piotr Domalewski wykorzystał sienkiewiczowskie motywy, by mówić o kilku sprawach naraz: wewnętrznie popękanej rodzinie, magii literatury i absurdzie fetyszyzowanego sto lat temu kolonializmu.
Od samego początku twórcy starają się zbudować u widzów dystans do wydarzeń rozgrywających się na scenie. Zanim na dobre rozpocznie się akcja, Staś (Filip Perkowski) musi poodkurzać, czyniąc przy tym swoiste exordium do przedstawienia. Metoda płynnego przechodzenia z narracji pierwszoosobowej w trzecioosobową i z powrotem, z której aktorzy będą tego wieczoru wielokrotnie korzystać, buduje przestrzeń dla ironii i zaciekawia widza. Tego rodzaju storytelling często sprawdza się w filmie, jak choćby w „Jak zostałem gangsterem”. Teatr również korzysta z tego chwytu – „gadaniogranie” jest jednym ze znaków rozpoznawczych przedstawień Mateusza Pakuły.
Trójka rodzeństwa – Gustaw (Radosław Krzyżowski), Staś (Filip Perkowski) oraz Zofia (Katarzyna Krzanowska) – musi odnaleźć się w zupełnie nowej sytuacji, jaką jest wypadek matki (Dorota Pomykała) i konieczność sprawowania nad nią niemal całodobowej opieki. Co najistotniejsze, kobieta wskutek urazu traci kontakt z rzeczywistością, przez co zaczyna funkcjonować jako Nel z powieści Henryka Sienkiewicza. Absurd sytuacji, w których dorośli ludzie muszą wraz z matką polować na lwa czy jeździć na słoniu, paradoksalnie staje się źródłem najbardziej autentycznych chwil spędzanych z najbliższą osobą.
Każde z dorosłych już dzieci reprezentuje inny zestaw stereotypowych przywar przeciętnego Polaka o przeciętnym życiu: przepracowaną polonistkę, sfrustrowanego ojca rodziny mającego dość swojej codzienności oraz singla, który jeszcze nie wie, że permanentna samotność to choroba śmiertelna. Aktorzy świetnie lawirują między schematami przypisanymi do tych typów socjologicznych – ironizują, przeginają, dzięki czemu w dialogach między rodzeństwem nie brakuje humoru. Niestety momentami jest go zbyt dużo: publiczność nadmiernie się rozluźnia, a dramat matki – zapewne niezamierzenie – schodzi chwilami na drugi plan.
Mimo że mamy dopiero styczeń, matka grana przez Dorotę Pomykałę już teraz może śmiało pretendować do roli sezonu. Sposób, w jaki aktorka prowadzi tę postać, wywołuje u widza tak szeroką gamę emocji, że po zakończeniu spektaklu długo nie można się pozbierać. To trochę jak rozmowa z bliską osobą chorą na demencję – mieszanka uśmiechu i łez. Im bardziej matka popada w dziecięcość, im bardziej staje się bezbronna, tym bliższa nam się wydaje: jej twarz, gesty, sposób bycia. Jedna z legend Starego Teatru może dzięki temu spektaklowi zaprezentować pełen wachlarz swoich umiejętności.
Najbliższym towarzyszem podróży matki przez pustynię i puszczę staje się Staś. Najmłodszy syn, nieco wbrew własnej woli, wchodzi w narzuconą przez okoliczności rolę, lecz z czasem zaczyna się w niej odnajdywać. Z pomocą ekscentrycznej psychotraumatolożki na NFZ (przezabawna w tej roli Dorota Segda) odkrywa, że świat matki może być dla niego nie przeszkodą, lecz okazją do odnalezienia samego siebie. Warto przy tym zwrócić uwagę, że to członek rodziny zostaje objęty pomocą psychologiczną – główna poszkodowana już nie. To wiele mówi o systemie opieki zdrowotnej, który bohaterowie kilkukrotnie celnie wyszydzają ze sceny.
Staś jako jedyny singiel w tym gronie zostaje obdarzony wizjami (wiadomo: będąc w związku, nikt nie ma czasu na epifanie). W onirycznej rzeczywistości bierze udział w obradach uroczej w swojej śmieszności Ligi Morskiej i Kolonialnej – to nie żart, taka organizacja rzeczywiście istniała w dwudziestoleciu międzywojennym. Jej członkowie snują marzenia o Wielkiej Polsce i zamorskich terytoriach, posiłkując się cytatami z Sienkiewicza. Postkolonializm sienkiewiczowski był już przedmiotem wielu analiz, toteż Domalewski nie wyważa otwartych drzwi, lecz używa groteski, by rozbroić bombę, zanim ktokolwiek zdąży pomyśleć o jej odpaleniu. To zręczne wybrnięcie z tematu, który nie jest przecież osią spektaklu.
W jednej z rozmów Stasia z Gustawem pojawia się temat zmiany pieluch matce. Dla starszego brata – pragmatyka – to normalna kolej rzeczy. Dla młodszego temat tabu, który porównuje do filmowego cięcia: para kochanków zaczyna się całować, a w następnej scenie budzi się razem rano. Cała reszta zostaje w pozaekranowym domyśle. Takie właśnie zaczyna być życie – i ewentualna śmierć – matki. Jej „pozaekranowość”, wypisanie się z realnego świata, paradoksalnie jeszcze mocniej go uwypukla i wysuwa na pierwszy plan.
Rodzeństwo przeplata zabawne dialogi i rozmowy z Nel kłótniami o podział majątku po matce oraz o sposób sprawowania nad nią opieki. Fikcja stworzona na potrzeby kontaktu z chorą kobietą raz po raz zostaje przecięta brutalną rzeczywistością i zupełnie przyziemnymi sprawami. Kontrast, na którym opiera się spektakl, pozwala widzom z jednej strony w pełni zrozumieć sytuację rodzeństwa, z drugiej zaś z czułością i wzruszeniem towarzyszyć Nel w jej „podróżach”.
Od czasu premiery „Pewnego długiego dnia” nie było w Starym Teatrze tak dobrego psychologicznie spektaklu. To nie jest przedstawienie o „W pustyni i w puszczy”. Równie dobrze – na potrzeby nakreślenia potrzebnych reżyserowi kontekstów – matka mogłaby zanurzyć się w dowolnej innej lekturze.
Swoją drogą, jeśli już tracić zmysły, to najlepiej, przenosząc się na karty ulubionej książki, jak główna bohaterka spektaklu. Po części jest to także opowieść o sile literatury i światach, które tworzymy w umyśle podczas czytania – światach, które zostają z nami na zawsze. Na dobre i na złe.
„[…] hierarchiczność w instytucji teatralnej próbuje rozładować się przez stworzenie struktur korporacyjnych (a więc znowu kapitalistycznych). Tak wygląda produkcja w kilku dużych teatrach, w których ostatnio pracowałem. Kilka producentek, system cotygodniowych spotkań podsumowujących prace, podkreślanie dobrostanu zespołu i instytucji – a z drugiej strony »mailologia« (bez poszanowania ekologii), brak jednostek odpowiedzialnych, bo odpowiedzialność rozmywa się w dużej grupie podmiotów, i w końcu zachowania pasywno-agresywne […]”
Używamy plików cookie, aby poprawić jakość przeglądania, wyświetlać reklamy lub treści dostosowane do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz analizować ruch na stronie. Polityka Prywatności
Niezbędne pliki cookie przyczyniają się do użyteczności strony.
Umożliwiają stronie zapamiętanie informacji zmieniających wygląd.
Pomagają zrozumieć, jak użytkownicy zachowują się na stronie.
Stosowane w celu śledzenia użytkowników i wyświetlania reklam.