Są aktorzy, którzy nie potrzebują teatralnej emfazy ani krzyczących środków wyrazu, by przykuwać uwagę. Ich obecność buduje się w precyzji ruchu, w spojrzeniu, w ciszy, która nie znika, lecz zostaje z widzem długo po zakończeniu spektaklu. Dorota Androsz należy do tej rzadkiej grupy artystek, które swoją siłę sceniczną czerpią nie z przesady, lecz z prawdy – cielesnej, emocjonalnej, psychologicznej.
Jej jubileusz 20-lecia pracy artystycznej, świętowany 17 sierpnia na scenie Teatru Wybrzeże przed pokazem „Potopu”, to okazja, by spojrzeć na tę drogę z szerszej perspektywy. Widziałem ją po raz pierwszy jeszcze w Bydgoszczy – w „Tramwaju zwanym pożądaniem” była Stellą, cichą siłą rozpiętą między lojalnością a doświadczeniem przemocy. Już wtedy uderzająca była jej fizyczność – obecność, która nie potrzebowała słów, by opowiedzieć o napięciu, konflikcie, wrażliwości.
W Teatrze Polskim w Bydgoszczy stworzyła szereg ról, które zasługują na przypomnienie: Masa T. w sztuce Zupančiča, Panna Młoda i Lucyfer w „Testamencie psa”, Natasza w brutalistycznej „Plastelinie” Wiśniewskiego czy Sonia w „Płatonowie” Czechowa. Każda z tych postaci była inna, ale łączyła je intensywność – czasem skondensowana w kilku gestach, czasem wybuchająca z niepokojącą siłą.
Przeniesienie się do Gdańska nie tylko nie osłabiło jej ekspresji, ale umożliwiło rozwój w różnych rejestrach scenicznych. W Teatrze Wybrzeże Androsz odnajduje się zarówno w klasyce („Wyzwolenie”, „Nora”, „Romeo i Julia is not dead”), jak i w mocnym teatrze współczesnym („Nieczułość”, „Orgia”, „Puste miejsca”). Gra role kobiet niejednoznacznych, często rozdartych, wewnętrznie pękniętych – ale nie słabych. Jej Nora to kobieta, która nie ucieka z domu, lecz odzyskuje siebie. Julia 2 w „Pustych miejscach” nie jest ofiarą systemu, lecz jego odbiciem – ironicznym, bolesnym, współczesnym.
W „Potopie”, spektaklu zrealizowanym przez Michała Siegoczyńskiego, Dorota Androsz wciela się aż w trzy role: Króla Gustawa, Siostrę Przełożoną i Konopnicką. To teatralny poligon – wymagający, transgresyjny, performatywny – i zarazem pokaz siły aktorki, która potrafi balansować na granicy groteski, symbolu i bardzo realnego bólu.
Kilka lat temu miałem okazję przeprowadzić z nią wywiad. To była rozmowa szczera i pozbawiona pozy – mówiła o teatrze jako miejscu ciągłego ruchu, niepewności i pracy nad sobą. O tym, że ciało nie jest tylko narzędziem, ale pamięcią doświadczenia. Te refleksje wracają dziś, gdy patrzę na jej role z perspektywy czasu – dojrzalsze, pełniejsze, ale zawsze osadzone w tej samej wrażliwości, która nie boi się bliskości z widzem ani trudnych tematów.
Zobacz wywiad z Dorotą Androsz →